Polska Myśl Narodowa

Witryna Polska Myśl Narodowa stawia sobie za cel tworzenie i popularyzację opracowań na następujące tematy: interes narodowy Polaków w XXI wieku, polska tożsamość narodowa, postawa narodowa (nacjonalizm) kontra pseudopatriotyzm, historia narodu polskiego i jej narodowa wykładnia, ekonomia i zgubny wpływ forsowania neokolonialnego kapitalizmu na losy narodu, kapitalizm neoliberalny a demografia, cenzura i manipulacje socjotechniczne w Internecie. <!– naSSsDkNe6tDO2ACMtRb5IoMRwo –>

Powstanie Listopadowe – kult błędów politycznych, fałszywych bohaterów i jego skutki

Powstanie Listopadowe – kult błędów politycznych, fałszywych bohaterów i jego skutki

Opracowanie: redakcja Polskiej Myśli Narodowej
Tekst jest objęty całkowitym zakazem przedruku. © Polska Myśl Narodowa

Powstanie listopadowe 1830, geneza, skutki, kult błędów politycznych, fałszywych bohaterów i jego skutki, Finis Poloniae, 1831 Dietrich Monet

Finis Poloniae, 1831, obraz Dietricha Montena, przedstawiający przekroczenie granicy z Prusami przez rozbite oddziały powstańcze

W polskiej debacie publicznej funkcjonuje w ostatnich latach pojęcie „tradycji niepodległościowej”, do której różne ugrupowania roszczą sobie prawa, niekiedy – monopolistyczne. Opisywana „tradycja niepodległościowa” sprowadza się ostatecznie do kultu przedsięwzięć realizowanych w imię bądź indywidualnych ambicji sprawców, bądź w najlepszej wierze, lecz z czystej głupoty. Polacy mogliby bić się w piersi za własną nieudolność polityczną, gdyby ich romantyzm, oderwanie od rzeczywistości bądź dyletanctwo polityczne nie były (po dziś dzień?) inspirowane przez ośrodki zewnętrzne. Polski narodowiec musi w tym miejscu postawić kilka kluczowych pytań.
Po pierwsze – dlaczego Polacy mają otaczać kultem przedsięwzięcia godzące w interes narodu polskiego? Nie chodzi o szacunek dla prostych żołnierzy i ich ofiary. Chodzi o świadomość szkodliwości dla narodu polskiego i absurdalności samych zrywów. Roman Dmowski, jakże dziś w swej najistotniejszej nauce obcy polskim umysłom, walczył z kultem powstania styczniowego.
Po drugie – dlaczego, poprzez ww. kult mają konserwować mentalność, która wiodła naród od klęski ku klęsce? Nie łudźmy się – kult określonych zachowań wchodzi do kanonu polskich postaw patriotycznych – i zakaża środowiska narodowe.
Po trzecie – dlaczego Polacy mają ignorować to, że poprzez kształtowanie takiej mentalności tworzony jest elektorat dla polityków niezdolnych do prowadzenia racjonalnej polityki narodowej (realpolitik)? Przecież tak ukształtowany elektorat to ludzie niezdolni do racjonalnej analizy sytuacji politycznej, miotani (sprawnie podsycanymi) emocjami, bezkrytycznie akceptujący największe absurdy i najgorsze decyzje polityczne w imię „racji”, „krzywdy”, „słuszności” i roszczeń. Wskutek opisanej dywersji w Polsce polityk racjonalny zostanie odsunięty przez „bogoojczyźnianego” pieniacza. Albo będzie musiał dołączyć, przynajmniej formalnie do chóru głupców.
Po czwarte – dlaczego Polacy mają zapominać o cenie, jaką za ekstrawagancje głupców i idealistów sterowanych przez ośrodki zewnętrzne płacił naród?
Jak widać z powyższego spór pomiędzy narodowcami (realistami) a rozmaitymi „romantykami” / „niepodległościowcami” to nie spór o „rząd dusz”, tylko spór o to, jakie te dusze mają być – i w efekcie – czym się mają kierować w wyborach politycznych – krzykliwą symboliką, emocjami – czy zimną kalkulacją. I kogo mają wyłaniać na swoich przedstawicieli – manipulatorów odwołujących się do emocji, czy pragmatyków odwołujących się do zdrowego rozsądku.

Jeśli przyjrzymy się wszystkim polskim powstaniom, zauważymy, że powyższe pytania pasują do większości z nich. Sceptycyzm środowisk narodowych wobec powstań pozwolimy sobie zilustrować odwołaniem do tekstu z dnia kapitulacji Powstania Warszawskiego: Wielka Polska, Rok V, Warszawa, Poniedziałek, 2 październik 1944 R (link). Ale sam krytycyzm to dziedzictwo pracy narodowców w okresie międzywojennym (por. Narodowa Demokracja wobec tradycji powstań narodowych)

O Powstaniu Listopadowym (29.XI.1830) napisano wiele, myślący narodowo czytelnik powinien jednak analizować problematykę powstania listopadowego z nieco innej perspektywy, dlatego wyeksponowane zostaną pewne wątki, zaś inne – zaniedbane. Czytelnik powinien wiedzieć, że Królestwo Polskie powstało w ramach decyzji podjętych na Kongresie Wiedeńskim (1814). Powstało przy sprzeciwie Prus, Austrii , Anglii i … Francji. Aleksander I dążył do stworzenia państwa polskiego z całości ziem Księstwa Warszawskiego, nie było to możliwe wobec sprzeciwu ww. państw. Ostatecznie przekupił Fryderyka Wilhelma częścią Saksonii i ziem polskich (departamenty bydgoski i poznański). Odtworzone państwo polskie było związane unią personalną z Cesarstwem Rosyjskim. Działania Aleksandra I spotkały się z poparciem ze strony polskiej, m. in. księcia A. Czartoryskiego, który był podczas Kongresu doradcą Aleksandra I [1].
Co polski narodowiec powinien, po zapoznaniu się z powyższym, zauważyć na „strategicznej szachownicy Europy”? To, że sprawa polska miała w Europie wyłącznie wrogów. Wrogość Austrii i Prus była oczywista – odtworzone państwo polskie było potencjalnym zarzewiem buntów na polskich terenach zagrabionych przez te państwa. Dodatkowo – poprzez unię personalną z Rosją, łączyło polski „rewizjonizm” z polityką rosyjską. Odtąd każda wojna rosyjsko-pruska bądź rosyjsko-austriacka miała się odbywać przy wsparciu polskich sił zbrojnych – i wiązać z potencjalną rewizją granic (o „Świętym Przymierzu”, odsuwającym takie scenariusze w czasie – za chwilę; konflikt interesów na linii Królestwo Polskie [więc i Rosja] – Austria i Prusy to konflikt trwały, traktat międzynarodowy – to rzecz ulotna). Co należało robić? Należało rozwijać system edukacyjny, umacniać gospodarczo i militarnie państwo polskie, tak, by czynić z niego jak najważniejszy składnik imperium rosyjskiego. I czekać na okazję do przyłączenia ziem innych zaborów. Dopiero scalona Polska mogła rzucać wyzwanie Rosji.
Oczywiście opisana sytuacja była zagrożeniem dla Austri i Prus. Żaden racjonalnie myślący dyplomata z tych państw nie mógł tego przeoczyć. A jeśli nie mógł – oczywiste było, że zostaną podjęte działania dyplomatyczne i agenturalne, zmierzające do wbicia klina pomiędzy Polaków a Rosjan. Czy wyłącznie dyplomacja Austrii i Prus dążyła do takiego stanu rzeczy? Nie. Rosja (wraz z Austrią i Prusami) była częścią „Świętego Przymierza”. Sygnatariusze zobowiązali się do kierowania się w polityce zagranicznej i wewnętrznej zasadami religii chrześcijańskiej i sprawiedliwości, a także do wspólnej walki z liberalizmem i ruchami rewolucyjnymi oraz w obronie porządku politycznego ustalonego na Kongresie Wiedeńskim. Jak widać poprzez wywołanie walk polsko-rosyjskich można było osłabić zdolność Świętego Przymierza do działań „kontrrewolucyjnych”.
Spójrzmy na „sprawę polską” z punktu widzenia władców Austrii i Prus, mocno zaniepokojonych nowym układem sił, stworzonym wskutek „polonofilstwa” (a może nawet polonofilstwa) Aleksandra I :

  1. jeśli Polacy rzucą się na Rosję – wykrwawią i siebie i Rosję (słabsza Rosja – to silniejsza pozycja Prus i Austrii w Europie – czyli ZYSK)
  2. jeśli Polacy przegrają (co najpewniej się stanie, bo ich armia liczy 27 000 [2], a rosyjska 300 000 wojska, nie mówiąc o artylerii i wyposażeniu – oraz rezerwach mobilizacyjnych – 4 mln Polaków w Królestwie Polskim wobec 40 mln Rosjan) będzie można prowadzić bardziej agresywną politykę wobec Polaków pod naszym panowaniem – a Rosja jeszcze nam będzie w represjach sekundować – czyli ZYSK
  3. jeśli Polacy wygrają kampanię (nie patrzmy na liczby powyżej), a Rosja będzie na tyle słaba, że nie będzie w stanie ich pokonać bez większych problemów w drugiej kampanii – zaoferujemy swoją pomoc Rosjanom, w zamian za np. włączenie części ziem Królestwa Polskiego do naszych zaborów – czyli ZYSK
  4. jeśli Rosja odrzuci naszą pomoc, bo będzie w stanie pokonać Polaków w drugiej kampanii – patrz punkt 1. i 2. – czyli ZYSK
  5. jeśli Rosja uznałaby niepodległość Królestwa Polskiego po pierwszej, przegranej kampanii – Polacy będą zbyt słabi, by pokonać nasze wspólne uderzenie, a Rosja będzie nam tylko sekundować – dokonamy kolejnego rozbioru, a minimum uzyskamy jakiś ochłap – czyli ZYSK.

Jak widać zarówno Austria, jak i Prusy miały bardzo silne argumenty na poparcie polityki wywoływania polskich powstań za pomocą agentury. Strona polska i strona rosyjska żadnych korzyści z takich walk wynieść nie mogły – przy dostatecznie szybkim przerwaniu działań zbrojnych mogły co najwyżej ograniczyć własne straty. Nieoczekiwaną i trwałą korzyścią osiągniętą w efekcie Powstania Listopadowego przez Austrię i Prusy było trwałe zantagonizowanie Polaków i Rosjan, dzięki czemu (i literackiej bohaterszczyźnie paru polskich wieszczów) wywołanie np. Powstania Styczniowego (które pogłębiło antagonizm) było trywialnie łatwe. O Wielkiej Emigracji, stratach dla samorządności (Statut Organiczny, zniesienie autonomii, rusyfikacja administracji), edukacji, kultury, demografii, gospodarki pisano wiele, czytelnika odsyłamy choćby do pracy J.A. Gierowskiego, str. 217-221, rdz. „Ucisk narodowy po powstaniu”. Ogólnie – Powstanie Listopadowe zakończyło się zaostrzeniem ucisku we wszystkich zaborach, a Polakom z potencjalnego Piemontu „ostał się jeno sznur”.
Oczywiście analiza „eurostrategiczna” zbliżona do powyższej powinna poprzedzać rozważania o Powstaniu Listopadowym w każdej szkole. Rozpoznawanie układu interesów powinno być podstawową częścią zajęć, a nie – jałowe utrwalanie chronologii.

Układ sił i działania powstańców a racjonalność działań organizacyjnych i militarnych

Jeśli ktoś przymierza się do rzucenia swojego narodu do walki, powinien starannie przeliczyć siły i środki (a nie, jak chce pewien wieszcz „siły na zamiary”). Cóż więc z tego rachunku sił wynikało? O potencjale ludnościowym, czyli – rezerwach mobilizacyjnych, wspomniano powyżej – miał się jak 10:1 na korzyść Rosji. Czy manufaktury Królestwa Polskiego były w stanie wyposażyć w broń nawet tą garstkę rekrutów, która była do dyspozycji? J.A. Gierowski pisze:

(…) Na wojsku polskim ciążył jednak nie tylko brak samodzielności dowódców, ale także niedostateczne przygotowanie całej armii do samodzielnego działania: amunicję i broń przeważnie czerpano z Rosji, nie rozbudowując własnego przemysłu zbrojeniowego. (…) Dopiero w toku walki trzeba było te braki uzupełniać, sprowadzanie broni z zagranicy napotykało bowiem duże trudności z powodu niechętnej postawy wojsk pruskich, które konfiskowały większe transporty (uwaga red.: por. Reakcja Prus i Reakcja Austrii). Powstały więc ludwisarnie w Warszawie i Kieleckiem, gdzie odlano kilkadziesiąt dział. Zakłady produkujące karabiny, uruchomione w tychże ośrodkach, dostarczały z czasem do około 180 sztuk dziennie. Stale jednak odczuwano brak broni palnej i znaczna część wojska była uzbrojona w kosy. Dopiero także do lata uporano się z zapewnieniem dostatecznej ilości amunicji – brakowało bowiem saletry do wyrabiania prochu. (…)
Źródło: J.A. Gierowski, Historia Polski 1764-1864, PWE, Warszawa 1984, str. 185

Co oznacza dla potencjalnego powstania brak broni i amunicji? Kto, przygotowując powstanie nie dba o takie kwestie? Głupiec albo zdrajca.
Braki wyposażenia i nieliczna populacja zaowocowały tym, że powstanie było przegrane (nie kampania czy kilka bitew) zanim się zaczęło. Ogółem kadrowa część wojska polskiego w tej wojnie liczyła w XI 1830 44 000 ludzi (wliczając Straż Bezpieczeństwa) z jakimkolwiek przeszkoleniem wojskowym, wyposażonych w 96 zdatnych do użycia armat. Wkraczającym w II 1831 wojskom Dybicza (115 tys ludzi, 336 dział) Polacy mogli przeciwstawić już 57 tys ludzi (wyposażenie – patrz wyżej). Należy podkreślić, że ww. 57 tys. uzyskano łącznie z załogami twierdz. Artyleria liczyła w II 1831 (łącznie z forteczną) 140 dział. Do kwietnia Polacy osiągnęli liczebność 87 000 [3].
Jeśli ktoś z czytelników myśli, że dysproporcja sił nie była ówczesnym dowódcom znana, jest w błędzie. Józef Chłopicki wybuch powstania skwitował następująco: „Półgłówki zrobiły burdę, którą wszyscy ciężko przypłacić mogą.(…) Marzyć o walce z Rosją, która trzemakroć sto tysiącami wojska zalać nas może, gdy my ledwie pięćdziesiąt tysięcy mieć możemy, jest pomysłem głów, którym piątej klepki brakuje” [4]. Podobne zdanie o „burdzie” mieli inni oficerowie. Wielu z nich przypłaciło to życiem, o czym mozna przeczytać poniżej w tekście publicystycznym Wiarus, czyli jak podchorążowie Wysockiego wymordowali kadrę dowódczą. O mordach na dowódcach i ich postawie wobec „bohaterskich podchorążych” pisze również, już stricte naukowo M. Bobrzyński [5]. Pisze o tym i W. Tokarz : „Rejman zaprowadził jej (podchorążówki) delegatów, między nimi podchorążego Nyko, do Banku Polskiego, do mieszkania Lubeckiego, gdzie znajdował się Potocki. Nyko przemawiał tu do Potockiego, mówił, że zginęli (por. Wiarus …) już Trębicki, Blumer i Hauke – i że oprócz niego nie ma już generała, który mógł objąć dowództwo” [6a]. Warto podkreślić, że absurdalność tych mordów rzucała się w oczy:

Zabicie Haukego, Meciszewskiego i Trębickiego nie było usprawiedliwione niczym. Nie stali na czele oddziałów, nie reprezentowali w danej chwili żadnej siły oporu, tak jak ją reprezentowali Blumer, Siemiątkowski lub St. Potocki; można ich było bezpiecznie osadzić na odwachu w arsenale, jak to uczyniono z Redlem i gen. Bontemps. Zabiła ich też nie rzeczywista potrzeba, ale zawiedziona miłość tej młodzieży powstańczej, szukającej tak natarczywie wodza wśród starszyzny własnej. Zabito wreszcie – bez potrzeby – niektórych Rosjan. O mały włos również nie zabito pułkownika, późniejszego generała i słynnego bohaterskiego obrońcy Woli Sowińskiego oraz gen. Bontemps, nieocenionego później organizatora naszego przemysłu wojennego [6b]

Mamy więc do czynienia ze zrywem ewidentnie leżącym w interesie wrogów narodu polskiego, zainicjowanym w środowiskach nieświadomych położenia militarnego, które co gorsza – przetrzebiły własną kadrę dowódczą – na dodatek – pomordowano oficerów najbardziej świadomych sytuacji. Ale jest jeszcze jedna cecha „szczególna” tego zrywu. Wacław Tokarz opisuje ją następująco: „(było to) jedyne w swoim rodzaju sprzysiężenie bez ideologii własnej, którego celem miała być rewolucja posiadająca sankcję kierowników jawnej, legalnej polityki narodu, rewolucja, której sprawcy z góry zamykali sobie usta i na drugi dzień po wybuchu zniknąć mieli ze sceny [7]. W. Tokarz dodaje: Sprzysiężeni mieli w czasie nocy listopadowej szukać wodza gorączkowo wszędzie, błagać o objęcie buławy każdego niemal człowieka ze szlifami generalskimi, zabijać nawet opornych kandydatów, byleby tylko nie sięgać po buławę dłońmi własnymi[8].
Jak można określić takie zachowanie sprawców innym mianem niż prowokacja? Ale jeśli prowokacja – to czyja?

Prowokatorzy, sprzysiężenia i ich mocodawcy

W literaturze przewijają się w tle Powstania Listopadowego najrozmaitsze tajne sprzysiężenia, loże wolnomularskie, węglarskie itp. Z oczywistych przyczyn takie tajne stowarzyszenia są świetnym polem do działania służb specjalnych – werbunek można opierać już nie tylko o góry złota, ale i o szantaż, bądź – co najskuteczniejsze – ideologię. Niekiedy tylko wystarczy zainicjować pewne ruchy, które zaowocują z góry założonymi skutkami. W przypadku Powstania Listopadowego sytuacja wyglądała następująco [9]:

„Aby ratować siebie samych pchnęli w odmęt niepewnych wydarzeń ojczyznę. Zachowało się wspomnienie rozmowy z 21 listopada odbytej przez Zaliwskiego, Wysockiego i Bronikowskiego z historykiem Lelewelem (…): ‚oświadczyliśmy, że trudno będzie cofnąć się i jeżeli nie podniesiemy broni, to nas wszystkich powieszą, a tak powstaniemy i można będzie mieć nadzieję, że się uda i postanowiliśmy raz powziętego nie odstąpić zamiaru. Dn. 26 listopada odbyła się druga rozmowa, w której Lelewel odradzał powstanie. Na co odpowiedzieliśmy, że nie ma środka, aby się cofnąć’”.

Jak widać (planowa lub nie) dekonspiracja spisku doprowadziła do tego, że interesy osobiste podchorążych pięknie wpisały się w omówione powyżej interesy Austrii i Prus.
Kto w masonerii lub tajnym sprzysiężeniu jest agentem pruskim, kto austriackim – nikt nie zapyta. Wszak wszystkich łączy „idea” … M. Bobrzyński opisuje sytuację następująco [10]:

By zdać sobie sprawę, skąd się wzięło powstanie listopadowe, posłuchajmy następującej cytaty:

„Półgębkiem tylko wspomina się o jednej przyczynie, którą niestety trzeba będzie uznać za istotną. Mianowicie tajne związki europejskie miały zwrócić się do swoich „braci” w Polsce z żądaniem wywołania rewolucji, aby zatrudnić Mikołaja w domu i nie dopuścić do jego interwencji w sprawach belgijskiej i francuskiej. Wolnomularze przypomnieli to dzisiaj mimochodem przy okazji stulecia belgijskiego, a przygotowywana w Paryżu wystawa pamiątek Powstania Listopadowego wychodzi już wyraźnie z tego przypomnienia”. (Jan Zamorski, Uwagi nad Powstaniem Listopadowym, „Myśl Narodowa” 1930, Nr 46, 47 i 48 z dn. 16, 23 i 30 listopada).

Jak wiadomo, 29 lipca 1830 roku wybuchła w Paryżu rewolucja (tzw. rewolucja lipcowa), której owocem było obalenie we Francji starszej linii Burbonów, a 25 sierpnia wybuchła w Brukseli rewolucja, która doprowadziła do oderwania się Belgii od Holandii. I w obu tych rewolucjach rolę naczelną odegrała masoneria.

Nawiasem mówiąc, nie tylko masoneria była zainteresowana w wybuchu tych rewolucji, będących nowym nawrotem do tradycji dawnej „wielkiej” rewolucji. Była w tym zainteresowana również i polityka pruska. Oględnie daje to do zrozumienia Bismarck w swoich pamiętnikach: „Przyjazne Polsce (polenfreundlich) rosyjsko-francuskie przymierze, jakie wisiało w powietrzu przed rewolucją lipcową, byłoby ówczesne Prusy postawiło w trudne położenie”.

Szerzej o udziale masonów w konspiracji podchorążych można przeczytać w omawianej pracy M. Bobrzyńskiego, (link do fragmentu tekstu). Warto zwrócić uwagę na to, że najaktywniejszymi inicjatorami powstania był odłam wolnomularstwa nazywany „węglarstwem”. Odłam ten był zdaniem S. Didier’a ()[11] i Henryka Rolickiego ()[12] zdominowany przez Żydów i przechrztów (głównie frankistów).

Podsumowanie

W świetle zaprezentowanych materiałów inicjatorzy Powstania Listopadowego byli w najlepszym razie nieświadomymi narzędziami w rękach sprawnych intrygantów. Liczba grup interesu, których cele i korzyści pokrywały się w 1830 roku znacząco utrudniają udzielenie odpowiedzi na pytanie, kto był odpowiedzialny za intrygę, której ofiarą padli Polacy. Niezależnie jednak od liczby grup interesu i niejasności sytuacji można z całą mocą stwierdzić, że do katastrofy pchnęła naród garstka awanturników pozbawiona jakiegokolwiek znaczenia politycznego. Również bezradność Polaków, którzy z racji pozycji społecznej i stopni wojskowych powinni byli zapobiec katastrofie może współczesnego czytelnika zastanawiać. Czy przeglądając dzieje narodu polskiego możemy znaleźć podobne sytuacje, równie brzemienne w skutki? To ćwiczenie pozostawiamy czytelnikom – i liczymy, że przedyskutują te inne sytuacje w gronie znajomych. Trafnie „tradycje powstańcze” skomentował prof. M. Bobrzyński [13]:

Uważamy powstanie rozumne i dające dobre wyniki za narodową zasługę (uwaga red.: za takie powstania można uznać Powstanie Wielkopolskie i III Powstanie Śląskie [to drugie wyłącznie dlatego, że w porę je przerwano]). Uważamy powstanie „nieroztropne i nierozważne”, ściągające na naród nowe klęski – za narodową zbrodnię.

Oczywiście nie znaczy to, byśmy za współwinowajców tej zbrodni uważali wszystkich tych, którzy w powstaniu brali udział. Zadaniem żołnierzy jest słuchać i bić się. Za błędną treść rozkazów odpowiedzialni są nie ci, którzy rozkazy wykonują, ale ci, co je wydali. Materiał żołnierski, który szedł do powstań, był na ogól znakomity. Któż odmówi pierwszorzędnej wartości i zalet żołnierzom powstania kościuszkowskiego, w legionach Dąbrowskiego i w armii Księstwa Warszawskiego! Ale ich wartość żołnierska nie usuwa faktu, że powstanie, w którym się wychowywali, było politycznie szkodliwe. Tak samo i dzisiaj żaden rozumny Polak nie będzie miał pretensji do zdolnego i gorliwego oficera obecnej armii o to, że brał udział w Legionach Piłsudskiego. Ale jego dzisiejsza wartość dla Polski nie może nas powstrzymać od popełnienia wobec niego „nietaktu”, jakim jest stwierdzenie, że Legiony Piłsudskiego odegrały rolę politycznie i historycznie szkodliwą.

Współczesny system edukacyjny, we współpracy z przekazem medialnym kształtuje fatalne wzorce i fatalne postawy Polaków. Propagowany jest fałszywy, antynarodowy pseudopatriotyzm – czyniący z katastrof i tragedii wielkie czyny patriotyczne – a ich sprawców wynoszący na pomniki. Wysocki, Chruściel, Bór-Komorowski, Pełczyński – to jedni z największych zbrodniarzy w dziejach narodu polskiego – a nie – bohaterowie. Wojsko Polskie obchodzi Dzień Podchorążego – ku czci głupców, którzy sprowadzili na naród polski jedną z największych klęsk politycznych i militarnych w jego historii.
Jako wzorzec patriotyzmu wpajana jest samobójcza głupota, działanie zorientowane na „bohaterszczyznę”, ignorowanie zagrożenia dla zdrowia, życia i mienia dziesiątków / setek tysięcy Polaków, nieliczenie się z konsekwencjami czynów dla narodu (biologicznymi, materialnymi, politycznymi). W opisanym procederze uczestniczy wielu historyków, publicystów i część działających na polskiej scenie politycznej partii „patriotycznych”. Patriotyzm symboliczny, patriotyzm wynoszący fetysze, egoistyczną rywalizację na „odwagę” kosztem innych oraz wszelakie bożki – „złote cielce” ponad naród czyni Polskę słabą – a Polaków – niewolnikami, łatwymi do manipulowania przy pomocy hasełek.
Nie wolno budować tożsamości ani ideologii narodowej wokół głupoty i posyłania Polaków na nonsensowną rzeź, prób „zawracania Wisły kijem”. Polakom jako narodowi potrzebne są mity wspólnego działania, odpowiedzialności jednych za drugich, poświęcenia dla narodu życia poprzez budowę potęgi gospodarczej i dobrobytu dla wszystkich Polaków. Nawet za cenę własnego niedostatku i własnych wyrzeczeń. Budowa Gdyni, budowa COP, nawet – odbudowa Warszawy, w której uczestniczyli Polacy za darmo, przychodząc po godzinach pracy. Oni to miasto odbudowywali dla wszystkich. To jest heroizm. To są wzorce. Kto dziś pamięta tych patriotów, których postawa powinna służyć za wzór? Dlaczego wzorcami mają być postawy sprowadzające na innych Polaków nieszczęście i śmierć – bez jakiejkolwiek nadziei uzyskania czegokolwiek, co mogłoby tą ofiarę usprawiedliwić? Dokąd mają zmierzać Polacy jako naród, jeśli będą podążać za tak fałszywymi symbolami? Ile jeszcze musi upłynąć czasu, by Polak w sprawach polskich kierował się takim rozumem i szacunkiem dla życia innych Polaków, jaki wykazał gen. F. Kleeberg:

Żołnierze!
Z dalekiego Polesia, znad Narwi, z jednostek, które oparły sie w Kowlu demoralizacji – zebrałem Was pod swoją komendę, by walczyć do końca.
Chciałem iść najpierw na południe – gdy to się stało niemożliwe – nieść pomoc Warszawie.
Warszawa padła, nim doszliśmy. Mimo to nie straciliśmy nadziei i walczyliśmy dalej, najpierw z bolszewikami, następnie w 5-dniowej bitwie pod Serokomlą z Niemcami.
Wykazaliście hart i odwagę w czasie zwątpień i dochowaliście wierności Ojczyźnie do końca.
Dziś jesteśmy otoczeni, a amunicja i żywność są na wyczerpaniu. Dalsza walka nie rokuje nadziei, a tylko rozleje krew żołnierską, która jeszcze przydać się może.
Przywilejem dowódcy jest brać odpowiedzialność na siebie. Dziś biorę ją w tej najcięższej chwili – każąc zaprzestać dalszej bezcelowej walki, by nie przelewać krwi żołnierskiej nadaremnie. Dziękuję Wam za Wasze męstwo i Waszą Karność, wiem, że staniecie, gdy będziecie potrzebni.

Jeszcze Polska nie zginęła. I nie zginie.
Powyższy rozkaz przeczytać przed frontem wszystkich oddziałów.
Dowódca SGO „Polesie”
/-/ Kleeberg
gen. bryg.
Źródło: Ostatni rozkaz gen. F. Kleeberga do żołnierzy SGO „Polesie”

___________
[1] J.A. Gierowski, Historia Polski 1764-1864, PWE, Warszawa 1984, str. 147-148
[2] J.A. Gierowski, op.cit. str. 184; chodzi o formacje wojskowe pod bronią w XI 1930, miały one charakter kadrowy i mogły być rozbudowane – ale limitem były możliwości wyposażenia rozbudowywanych oddziałów w broń, amunicję i artylerię.
[3] J.A. Gierowski, op.cit. str. 186
[4] S. Szenic, Ani triumf, ani zgon, Wydawn. Ministerstwa Obrony Narodowej, 1981, str. 51
[5] M. Bobrzyński, „Dzieje narodu polskiego. Odkłamanie.”, rdz. „Powstanie Listopadowe”, wyd. Retro, Lublin 2003
[6a] W. Tokarz, red. A. Zahorski, Sprzysiężenie Wysockiego i noc listopadowa, Państwowy Instytut Wydawniczy, 1980, str. 217.
[6b] W. Tokarz, op. cit, str. 211.
[7] W. Tokarz, op. cit, str. 60.
[8] W. Tokarz, op. cit, str. 151.
[9] J. Giertych, Tysiąc lat historii polskiego narodu, Tomy 2-3, Nakł. autora, 1986, str. 283
[10] M. Bobrzyński, op. cit.
[11] Stanisław Didier, Powstanie Listopadowe a żydzi, „Myśl Narodowa”, 1934, Nr 40
[12] Tadeusz Gluziński (pseud. Henryk Rolicki), Zmierzch Izraela, wyd. Dom Wydawniczy „Ostoja”, 2004
[13] M. Bobrzyński, op. cit.

Wiarus, czyli jak podchorążowie Wysockiego wymordowali kadrę dowódczą

Tytuł oryginalny: Wiarus, „Nowa Myśl Polska” 12 grudnia 2004
Źródło: http://cristeros1.w.interia.pl/crist/militaria/wiarus.htm

6 września 1831 r., skłuty rosyjskimi bagnetami, oddał ducha generał Józef Longin Sowiński, bohaterski obrońca Woli. Jego śmierć upamiętniła poezja narodowych wieszczów. Niewiele jednak brakowało, aby ów dzielny żołnierz wcale nie trafił do panteonu chwały romantyków. Zaledwie 9 miesięcy wcześniej, w Noc Listopadową 1830 r., w pierś generała mierzył bagnet polskiego spiskowca…

Powstanie Listopadowe i wojna polsko-rosyjska lat 1830-1831 zapisały się tragicznie w dziejach polskiej generalicji. Poległo 15 generałów (nie licząc 4 innych, zmarłych w tym czasie). Podwójny tragizm tych śmierci wynikał z faktu, iż zaledwie czterech polskich dowódców zginęło na polach bitew: poza Sowińskim byli to generałowie Franciszek Żymirski – padły w boju pod Grochowem (25 II 1831) oraz Henryk Kamieński i Ludwik Kicki, polegli pod Ostrołęką (26 V 1831). Aż jedenastu generałom zadała śmierć polska ręka!

Rewolucja „półgłówków”
Uważa się powszechnie, iż Powstanie Listopadowe było zgodne z duchem epoki, z mickiewiczowskim „mierz siły na zamiary, nie zamiar podług sił”. Zaiste, wypada się zgodzić, że nad tym przedsięwzięciem unosił się upiór Wielkiej Improwizacji…

Sygnałem do rozpoczęcia powstania miało być podpalenie browaru Weissa i kręgielni na ul. Dzikiej w Warszawie, 29 listopada 1830 r., o godz. 18.00. Zawiodła koordynacja – browar podpalono o pół godziny za wcześnie, a kręgielnię na Dzikiej – za późno. Dowództwo nad grupą spiskowców, mającą zamordować wielkiego księcia Konstantego, powierzono dwóm poetom (!), jak najbardziej cywilom, Goszczyńskiemu i Nabielakowi,. Nie potrafili oni pochwycić swej ofiary, mimo iż wielki książę nie dysponował żadną ochroną. Podchorążowie Piotra Wysockiego uderzyli na koszary jazdy, tzw. „pułków rosyjskich”, w Łazienkach.

„- … zdradziecka napaść na pułki tak zwane rosyjskie, przymusiła je schronić się pod komendę w. księcia i zrobiła z nich nieprzyjaciół polskich, pomimo niewątpliwej sympatii większości żołnierzy i niższych oficerów – oceniał generał Ignacy Prądzyński. – …samo już nazwanie tych pułków, jako to: grenadiery litewskie, strzelce wołyńskie, kirysiery podolskie, huzary grodzieńskie, wskazywało, że ono do powstania polskiego należeć koniecznie powinno, że za nieprzyjaciół uważane być nie mogło. (…) tymczasem podchorążowie nie umieli, jak tylko rozdrażnić ułanów ubiciem zdradzieckim kilkunastu ludzi, i odciągnęli z niczym.”.

Okazało się przy tym, że inspiratorzy ruchawki nie mają jasno sprecyzowanej wizji powstania. Wyobrażali sobie, że wystarczy jeden impuls, a cały naród, wojsko i generalicja z entuzjazmem przyłączą się do nich.

Generał Józef Chłopicki podsumował rzecz proroczo: „- Półgłówki zrobiły burdę, którą wszyscy ciężko przypłacić mogą.(…)Marzyć o walce z Rosją, która trzemakroć sto tysiącami wojska zalać nas może, gdy my ledwie pięćdziesiąt tysięcy mieć możemy, jest pomysłem głów, którym piątej klepki brakuje”.

Bić się, czy nie bić?
Pytanie winno brzmieć raczej: bić się – ale kiedy? Walczyć trzeba, i to do upadłego, w dwóch przypadkach. Po pierwsze, gdy istnieje realna szansa na odniesienie sukcesu. Insurekcja w Wielkopolsce w 1806 r., na tyłach wojsk pruskich gromionych przez Napoleona; rozbrajanie austriackich zaborców i niemieckich okupantów w listopadzie 1918 r. (mające w istocie charakter akcji powstańczej); Powstanie Wielkopolskie 1918-1919; III Powstanie Śląskie 1921 – to przykłady udanego, rozumnego zastosowania reguły Clausewitza, iż wojna jest przedłużeniem polityki.

Po wtóre, powstańczy zryw może być aktem samoobrony – w sytuacjach wymuszonych przez nieprzyjaciela. Insurekcja kościuszkowska 1794 , będąca rozpaczliwą próbą ratowania upadającego państwa (uwaga red.: prof. M. Bobrzyński jest sceptyczny, jeśli chodzi o faktyczne cele przyświecające autorom powstania, tekst prof. Bobrzyńskiego znajduje się tu: Powstanie Listopadowe); wystąpienie mieszkańców Lwowa w obliczu ukraińskiego zamachu w listopadzie 1918 r.; I i II Powstania Śląskie 1919-1920; powstanie zamojskie 1942-1944; również powstanie w getcie warszawskim 1943 (przypomnę – bojowcy ŻZW walczyli tam pod biało-czerwoną flagą) – w takich wypadkach nikt nie kalkuluje szans, nie pora na to, gdy ma się nóż przystawiony do gardła. Niekiedy (jak w warszawskim getcie), chodzi już tylko o to, by zginąć z bronią w ręku, z honorem, nie czekając biernie na rzeź, by zabrać ze sobą na tamten świat choć paru wrogów (uwaga red.: powstanie w getcie, abstrahując od sensu zestawiania go z powstaniami polskimi, ma swoje wstydliwe „kulisy”, które polski czytelnik powinien znać – pisze o nich Roman Kafel, Spotwarzona przeszłość, czyli o żydowskich zbrodniarzach wojennych).

Powstanie Listopadowe żadnego z tych kryteriów nie spełnia. Jesienią 1830 r., nim Piotr Wysocki wyprowadził swoich spiskowców na ulice Warszawy, Królestwu Polskiemu nie groziła zagłada. Sam zaś zryw od początku skazany był na klęskę. Jeśliby nawet założyć, że Kongresówce udałoby się samotnie pokonać Rosję (czego kilkanaście lat wcześniej nie potrafiła osiągnąć napoleońska Wielka Armia, sformowana z wojsk większości krajów europejskich) – to trudno wyobrazić sobie, by Prusy i Austria biernie przyglądały się wskrzeszeniu niepodległego państwa polskiego. W istocie wypadki zapoczątkowane Nocą Listopadową doprowadziły do zmarnowania sił i potencjału, które mogły być zachowane na odpowiedniejszą chwilę, i wykorzystane o wiele efektywniej dla sprawy polskiej.

Kainowe plemię
Chaotyczni i nieudolni uczestnicy powstańczej „wielkiej improwizacji” jęli rychło zachowywać się jak gromada krwiożerczych psychopatów. Od ich kul i bagnetów ginęli, jeden po drugim, zasłużeni dowódcy, którzy usiłowali studzić rozpalone głowy. Ofiarą mordów padli generałowie: Ignacy Blumer, Maurycy Hauke, Józef Nowicki, Stanisław Potocki, Tomasz Siemiątkowski, Stanisław Trębicki, również pułkownik Filip Meciszewski. Tych wodzów, zaliczanych do najzdolniejszych, jakimi dysponowały siły zbrojne Królestwa Polskiego, zabraknie w późniejszej wojnie polsko-rosyjskiej… Pułkownikowi Ludwikowi Bogusławskiemu, dowódcy sławnego 4. Pułku Piechoty Liniowej, potłuczonemu kolbami, dane było przeżyć. Ocalał też generał Józef Mroziński, mimo niebezpiecznego pchnięcia bagnetem w szyję.

W Szkole Aplikacyjnej na drodze buntownikom stanął jej komendant, pułkownik Józef Longin Sowiński. Starego wiarusa nie mogła przestraszyć gromada egzaltowanych młokosów. On, absolwent Szkoły Rycerskiej, przeszedł chrzest bojowy jeszcze w kwietniu 1794 r., podczas insurekcji warszawskiej. W następnych miesiącach służył jako podporucznik kawalerii narodowej, między innymi podczas obrony Warszawy przed Prusakami. Wziął też udział w wyprawie Dąbrowskiego do Wielkopolski. Po III rozbiorze, mimo moralnych oporów, zdecydował się na służbę w armii pruskiej. Wierny wojskowej przysiędze, odbył kampanię przeciw Napoleonowi 1806/1807, odznaczając się pod Pruską Iławą i Friedlandem (za Iławę wyróżniono go orderem „Pour la merite”). Po zawarciu pokoju w Tylży i powstaniu Księstwa Warszawskiego złożył prośbę o dymisję z pruskiego wojska. Otrzymał ją dopiero w 1811 r., jako że zwierzchnicy nie chcieli pozbywać się utalentowanego oficera.

Natychmiast zaciągnął się do sił zbrojnych Księstwa Warszawskiego. W 1812 r. wziął udział w wyprawie na Rosję, jako dowódca szwadronu artylerii konnej. Pod Szewardino, podczas ataku na rosyjską redutę, nieprzyjacielski pocisk zmiażdżył mu nogę. Amputację przeprowadzono w warunkach polowych, rana źle się goiła. Gdy Napoleon rozpoczął odwrót, Sowińskiego pozostawiono w jednym ze szpitali Moskwy. Tam też dostał się do niewoli.

Profesjonalizm Sowińskiego oraz jego żarliwy patriotyzm doceniono w Królestwie Kongresowym. Od 1815 pełnił funkcję dyrektora Arsenału, a od 1820 komendanta Szkoły Aplikacyjnej. Również władze Powstania Listopadowego powierzyły mu szereg godności, wraz z awansem do stopnia generała brygady: szefa Wydziału Artylerii Komisji Rządowej Wojny, dowódcy artylerii garnizonu warszawskiego, wreszcie komendanta reduty Wola, którą obiecał „oddać wraz z życiem”.

A jednak w Listopadową Noc 1830 r., gdy Sowiński usiłował przemówić do rozsądku młodym buntownikom, jakiś rozeźlony cywil zamierzył się na niego bagnetem. Przyszłego bohatera Woli uratował jeden z podchorążych. Powstrzymał on rękę niedoszłego zabójcy, uzasadniając to lekceważącym stwierdzeniem: „- Co robisz? To kaleka!”

Politycy i żołnierze
Istnieje jakaś prawidłowość w fakcie, iż inspiratorzy Powstania Listopadowego, tak chętnie rzucający na ofiarny stos, lekką ręką, życie dziesiątków tysięcy patriotów, wykazywali równocześnie godną uwagi dbałość o bezpieczeństwo własnych, cennych osób. Po przegranej wojnie 1831 r. w ogromnej większości schronili się za granicą, porzucając wojsko i naród na pastwę sług Paskiewicza. Wprawdzie Adam Mickiewicz, od wielu lat wzywający, z bezpiecznej emigracji, do buntu, na wieść o Powstaniu ruszył mu z odsieczą. Utknął jednak po drodze gdzieś w Wielkopolsce, w pruskim zaborze. Przeczekał tam całą zawieruchę, bawiąc przez szereg miesięcy w tamtejszych gościnnych dworkach. Potem gromko odsądzał od czci i wiary obrońców Warszawy – za to, że nie wszyscy polegli bohaterską śmiercią, i że stolicę oddali Rosjanom, miast obrócić ją w miasto ruin…

Natomiast wielu wojskowych, od początku nastawionych sceptycznie do insurekcyjnych planów, kiedy już do walki doszło, dzielnie nadstawiało karku. Generał Józef Chłopicki okazał się kiepskim politykiem i dyplomatą, nikt jednak nie odmówi mu osobistej odwagi; dowodem ciężka rana, odniesiona pod Grochowem. Pułkownik Ludwik Bogusławski, awansowany potem na generała, niedorżnięty w Listopadową Noc, wiódł swych „czwartaków” w najgorętsze boje. Generał Karol Turno, który o podchorążych Wysockiego wypowiadał się wtedy dosadnie („wszyscy pijani, […] jak wytrzeźwieją przez noc, to się rozejdą do domów”), zasłynął potem jako jeden z najdzielniejszych polskich dowódców.

„Możemy oceniać ujemnie fakt, że powstanie listopadowe w ogóle wszczęto i że do niefortunnej wojny z Rosją doprowadzono – ale z chwilą, gdy wojna wybuchła, tj. gdy Królestwo Kongresowe stało się – na okres niecałych 10 miesięcy – całkiem niepodległym państwem i to państwo znalazło się w wojnie z Rosją, obowiązkiem członków polskiego narodu, a zwłaszcza żołnierzy polskiego wojska, było w wojnie tej mężnie się bić. (…) Jest chlubą tej historii, że wojsko polskie biło się w tej wojnie mężnie” (Jędrzej Giertych).

Niestety, nadal trwała też rzeź polskich generałów. Podczas, gdy żołnierz bohatersko krwawił na polach bitew, rozpolitykowaną Warszawą wstrząsały wciąż nowe intrygi i afery. W wyniku fałszywego zarzutu współpracy z wrogiem aresztowano szereg wyższych dowódców.

15 sierpnia 1831 r. rewolucyjny motłoch wziął szturmem więzienia warszawskie. Rozpoczęło się mordowanie osób podejrzanych o zdradę. Wśród trzydziestu czterech ofiar byli rzeczywiści agenci rosyjskiej policji, ale nie brakło też niewinnej krwi. Zginęło czterech więzionych generałów – Józef Hurtig, Antoni Sałacki, Ludwik Ruchawski, Antoni Jankowski.

Gdy na latarni wieszano generała Jankowskiego (kiedyś szwoleżera napoleońskiej gwardii, weterana kampanii 1807 r., walk w Hiszpanii, wojny z Austrią, wyprawy na Moskwę, kampanii 1813 r.), sznur zerwał się pod jego ciężarem. Motłoch zawlókł generała do drugiej latarni – sznur zerwał się ponownie. Mordercy zaciągnęli więc niegdysiejszego szwoleżera do latarni trzeciej – tym razem generał oddał ducha na stryczku…

Miesiąc wcześniej, generał Antoni Giełgud, dowódca nieudanej wyprawy na Litwę, wycofywał się z resztkami swego korpusu do Prus. Przy przekraczaniu granicy do niefortunnego wodza podjechał kapitan Stefan Skulski, i wypalił doń z pistoletu, z zabójczym skutkiem…

Hektor warszawski
Na początku września 1831 r. atmosfera w warszawskich elitach władzy stawała się coraz gorętsza. Rosyjski atak na miasto zbliżał się nieuchronnie. Co zapobiegliwsze prominentne osobistości pakowały manatki, szykując się do rejterady. Byli i tacy, co szukali kontaktu z wrogiem, gotowi wkupić się w łaski zwycięzcy… Inni jednak trwali wiernie na powierzonych im posterunkach.

6 września piechota rosyjska szturmowała szańce Woli. 1300 żołnierzy generała Sowińskiego nie było w stanie powstrzymać fali nieprzyjaciół. Polskie reduty padały jedna po drugiej. W końcu pozostał już tylko jeden bastion – trójkątny schron samego komendanta obrony. 54-letni bohater spod Pruskiej Iławy, Friedlandu i Szewardino uwijał się tu na drewnianej protezie, obsługując ostatnie na tym odcinku polskie działo – pudowy „jednoróg”, bijący ogniem kartaczowym. Żołnierze wroga wtargnęli wreszcie i tutaj. W gwałtownej walce wręcz wybito ostatki obrońców.

Generał Józef Sowiński podjął z ziemi porzucony karabin z bagnetem. Przez chwilę, wsparty o „jednoroga”, parował i zadawał ciosy. Potem był już tylko przeszywający ból, gdy zimna stal nieprzyjacielskich głowni wdzierała się w ciało starego wiarusa.

Generał osunął się na swą armatę. Tam już pozostał… On – „człowiek o wysokim poczuciu honoru i miłości Ojczyzny”, który przysiągł, że szańców Woli nie odda, póki żyw – zakończył teraz swe życie.

Narodowa Demokracja wobec tradycji powstań narodowych

Krzysztof Kawalec

Rozdział książki Póki my żyjemy. Tradycje insurekcyjne w myśli polskiej, pod red. Jacka Kloczkowskiego, Warszawa 2004, s. 85-102

Problem pozornie przedstawia się prosto. Na tle innych nurtów ideowych, aktywnych w życiu politycznym Polski pierwszej połowy XX stulecia, Narodowa Demokracja wyróżniała się ostentacyjnym zaznaczaniem dystansu wobec tradycji powstańczej. To zagadnienie przedstawił w swoim czasie Leszek Kamiński[1], dokonując przeglądu argumentacji, stosowanej w propagandzie endecji, a także dając klarowną interpretację stanowiska środowiska, które – bez względu na rozległość i głębokość dzielących je podziałów, było zgodne w krytyce poczynań, stanowiących kluczowy element XIX-wiecznej tradycji narodowej. W opinii autora stanowisko to wyrastało z doktryny ideologicznej ruchu, łącząc się równocześnie z walką o władzę i „rząd dusz” – przeciwnicy endecji chętnie bowiem odwoływali się do tradycji powstań, co w naturalny sposób wzmacniało tendencję do jej generalnego kwestionowania.

  Nie ulega wątpliwości, że kontekst taktyczny, związany z toczoną walką o władzę i „rząd dusz”, w silnym stopniu rzutował na treść tych enuncjacji. Kwestią odrębną jest natomiast, o podstawowym znaczeniu, w jakiej mierze można upatrywać w nich refleks systemu wartości. Pokusa uznania ich za wyraz stanowiska ideowego – relatywnie trwałego, sztywnego, w znacznym stopniu niezależnego od zmian dokonujących się dookoła – jest zrozumiała wobec uporczywości, z jaką podejmowano krytykę poczynań powstańczych. Z tego rodzaju enuncjacji można byłoby ułożyć solidną antologię. Trudno tu wiele dodać do ustaleń Leszka Kamińskiego, może poza kilku smakowitymi przykładami – spośród których najbardziej spektakularne pochodziły z okresu międzywojennego. Mowa tu przede wszystkim o wydanej w roku 1936 książce Jędrzeja Giertycha pt. „Tragizm losów Polski”, w której powstania narodowe przedstawione zostały jako efekt spisków złowrogiej, antypolskiej mafii. Jakkolwiek wywołała ona uszczypliwe uwagi nawet w kręgach narodowo-radykalnych[2], trudno traktować ją jako szczególny ewenement. Jej zawartość wyrastała bowiem z szerszego tła: i tak, przykładowo, wywody Giertycha w znacznym stopniu stanowiły rozwinięcie sugestii, zawartych w „Dziedzictwie” (powieści, wydanej pod pseudonimem przez Romana Dmowskiego) innym zaś punktem odniesienia była dla nich twórczość publicysty konserwatywnego, Kazimierza Mariana Morawskiego. Popularność K.M. Morawskiego w kręgach młodej endecji była zjawiskiem znamiennym o tyle, że ilustrowała zbliżanie się poglądów obu środowisk w materii, która wcześniej raczej je dzieliła[3] – mimo dystansowania się obozu narodowego od powstańczych zamiarów także przed I wojną światową. Kolejne pozycje w antologii krytycznych wobec poczynań powstańczych enuncjacji stanowiłyby opinie określające stosunek środowiska do prób podejmowania pozbawionej szans na sukces walki w latach II wojny światowej, a także później, w świecie pojałtańskim. Jak to zawsze ma miejsce w przypadku środowiska rozległego i wielonurtowego, sceptycyzm ten mógł być wyrażany w formach rozmaitych, odzwierciedlających i różnice mentalności, i punktów widzenia. Obok poglądów Wojciecha Wasiutyńskiego – lokującego swoje sympatie po stronie opozycyjnej, ale ostrzegającego przez pokładaniem nadmiernych nadziei na bardziej energiczną reakcję Zachodu[4] – było w nich miejsce i dla enuncjacji Jędrzeja Giertycha, który w poczynaniach ekipy stanu wojennego dostrzegł odbicie dylematów doby poprzedzającej rok 1863, a swoje sympatie dla Aleksandra Wielopolskiego przeniósł na osobę gen. Jaruzelskiego.

  Interpretacja tych wszystkich wypowiedzi, przy całej ich pozornej jednoznaczności, nie jest już jednak sprawą tak oczywistą. Czy – przykładowo – możemy zestawiać krytyczne wobec powstań enuncjacje powstające w okresie międzywojennym z (też krytycznymi, to prawda) ocenami poczynań irredentystycznych wypowiadanymi wcześniej, w latach poprzedzających wybuch I wojny światowej, a także tymi późniejszymi, określającymi stosunek do Powstania Warszawskiego – widzianego przez pryzmat nie tylko klęski i potwornych strat, ale także Jałty ze wszystkimi jej konsekwencjami[5]? Czy wobec zasadniczo odmiennego kontekstu politycznego można te wszystkie wypowiedzi mierzyć tą samą miarą? Czym innym przecież jest ocenianie przeszłości, czym innym zaś próby poszukiwań efektywnych strategii działania. W tym drugim wypadku wątpliwości co do szans przedsięwzięcia zwykle wystarczają, by się przeciwstawiać próbie jego podjęcia. Oczywiście, tego rodzaju wątpliwości nie muszą być wolne (i na ogół nie są) od różnego rodzaju ideologicznych uwarunkowań, czy jednak – przykładowo – gdy chodzi o stosunek do powstania w stolicy, to stanowisko endeka Tadeusza Bieleckiego odbiegało w sposób istotny od poglądów na przykład – uformowanego w kulcie irredenty polskiej – generała Kazimierza Sosnkowskiego?

  Problem odmienny, a istotny – to w jakiej mierze okazywany przez elity obozu narodowego sceptycyzm wobec powstańczej tradycji rzutował na postawy politycznego elektoratu, w tym zwłaszcza młodzieży. Wzięła ona przecież masowy udział z bronią w ręku i w Powstaniu Warszawskim, i w próbach kontynuowania oporu przeciw narzuconej władzy po ostatniej wojnie – wpisując się w ten sposób w jeden z najbardziej tragicznych nurtów polskiej historii[6]. Wynikałoby z tego, że wpływ działaczy i publicystów krytykujących dominującą w międzywojennej propagandzie tendencję do bezrefleksyjnego idealizowania powstań[7] zaznaczał się w sposób wysoce selektywny, bez konsekwencji w postaci nasilenia się tendencji do kwestionowania samego sensu podejmowania walki w sytuacji beznadziejnej.
Może działał on za krótko (?), może osłabiały go w sposób znaczący inne elementy, składające się na całość formacyjnego oddziaływania środowiska na swoich członków, a może po prostu w ogólnym zamieszaniu, powstałym wskutek załamania się międzywojennego świata, nie było warunków dla podjęcie refleksji, zgodnej z kolportowaną przynajmniej przez część środowiska, zdroworozsądkową historiozofią. Bo przecież nie ulega wątpliwości, że gdy analizujemy z jednej strony deklaracje, z drugiej zaś kłócące się nieraz z nimi postawy, to te drugie są o wiele ważniejsze.

  Wydaje się, że mimo dokonanego już bardzo znacznego postępu w stanie badań nad dziejami środowiska, istnieją wciąż pola nie zagospodarowane, lub zagospodarowane za słabo, stąd na wiele pytań nie potrafimy jeszcze odpowiedzieć. Problem stosunku do powstańczej tradycji jest jednym z takich właśnie kłopotliwych przypadków. Celowe wydaje się objęcie badaniami także takich zagadnień, które, choć odległe niekiedy od sfery wąsko rozumianej polityki, rzutowały jednak silnie na sposób myślenia ludzi pozostających w kręgu oddziaływania środowiska. Spośród nich właściwie tylko dwa były przedmiotem pomyślanych na szerszą skalę analitycznych studiów: stosunek do Kościoła katolickiego oraz religii[8], a także kompleks kwestii związanych z silnie w obrębie środowiska ujawnianymi postawami antyżydowskimi[9]. Czego natomiast ciągle brakuje, to pełniejszej refleksji nad modelem propagowanej w obrębie środowiska kultury literackiej – w tym w szczególności stosunku do tradycji romantycznej. Chodzi nie tylko o konstatację wpływu tej tradycji przy rozpatrywaniu genezy środowiska[10], ale i o zanalizowanie problemu jej obecności i żywotności na wszystkich szczeblach jego oddziaływania propagandowego.

  Analiza enuncjacji propagandowych środowiska nie daje wiele w oderwaniu od szerszego tła, które się na enuncjacje te składało. W realiach międzywojennych deklarowany stosunek do tradycji powstańczej w równym stopniu był funkcją różnorakich przesłanek taktycznej natury (o czym niżej) jak i wynikał z pewnego szerszego poglądu na temat miejsca Polski w świecie, jej potrzeb oraz warunków, jakie muszą być spełnione, jeśli odrodzone państwo ma bezpiecznie egzystować. Ukazanie się w początkach lat 20 cyklu artykułów Romana Dmowskiego pod wspólnym tytułem
„Jak odbudowano Polskę”[11] dostarczyło środowisku klarownej interpretacji najnowszych dziejów, utrwalając rozpowszechnione w jego obrębie przekonanie o zasługach dla odbudowy państwa – w równej mierze mierzonych zasługami indywidualnymi poszczególnych, związanych z obozem narodowym osób, jak i posiadaniem trafnej koncepcji politycznej, wyrażającej się i w prawidłowym określeniu zbiorowych potrzeb społeczeństwa polskiego, i braniu pod uwagę uwarunkowań zewnętrznych, w obrębie których możliwe było przetrwanie niepodległego państwa na dłuższą metę. Jakkolwiek stanowisko to wspierane było argumentami różnej bardzo próby, ogólna jego wymowa daleka była od skrajności[12], sprowadzając do akceptacji powersalskiego status quo. I jakkolwiek krytyka poczynań irredentystycznych z pewnością nie była najważniejszym elementem całej koncepcji, to wynikała ściśle z przynajmniej dwóch jej istotnych składników.

  Pierwszy z nich wiązał się z oceną, ogólnie trafną przynajmniej dla lat dwudziestych, że spośród dwóch wielkich sąsiadów Polski większe zagrożenia wiążą się z poczynaniami Niemiec, niż radzieckiej Rosji – państwa izolowanego polityczne i nie kwestionującego, przynajmniej otwarcie, granicy z Polską. Była to diametralnie odmienna optyka od tej, którą narzucały XIX-wieczne resentymenty powstańcze. Zgodnie z nimi to właśnie Rosja urastała do rangi głównego przeciwnika – często właściwie jedynego, gdyż pozostali w cieniu pogromcy powstań stawali się nieomal niewidoczni. Pokusę rewizji tego segmentu narodowej tradycji, który sprzyjał kultywowaniu fałszywego – w opinii środowiska – obrazu miejsca Polski w powojennym świecie wzmacniały dodatkowo względy natury taktycznej, związane ze swego rodzaju licytacją o zasługi poniesione w odbudowaniu państwa, prowadzoną z kręgiem postaci skupionych wokół Piłsudskiego. Ten spór, rozpoczęty już w pierwszej połowie lat dwudziestych, rozgorzał ze wzmożoną siłą po przewrocie majowym, gdy wyłoniona władza uzasadniała swoje panowanie wcześniejszymi zasługami w walce o niepodległość. O ile – przynajmniej w odniesieniu do postaci pierwszoplanowych – udział w czynie zbrojnym nie ulegał wątpliwości i nie mógł być kwestionowany, to sprawą odrębną była ocena skuteczności tych poczynań gdy idzie o zmiany w globalnym układzie sił, bez których polski fakt dokonany nie miałby żadnego istotnego znaczenia.

  Drugim, istotnym dla oceny powstańczej tradycji, elementem dokonanej przez Dmowskiego oceny procesu odbudowy państwa, był daleko idący sceptycyzm w tym względzie. W obliczu trwających cztery lata krwawych zmagań wielomilionowych armii ranga zbrojnego wystąpienia kilkunastu tysięcy słabo uzbrojonych ludzi siłą rzeczy nie mogła być większa, niż wskazywała skala wydarzenia. To zresztą i dobrze – wystąpienie przeciw Rosji oznaczało bowiem wiązanie się z Niemcami – co stanowiło drogę prowadzącą w ślepą uliczkę. Na szczęście drogą tą poszli tylko nieliczni, w przeciwnym wypadku – sugerował – wybuch powstania mógłby doprowadzić do wycofania się Rosji z wojny, ze wszystkimi militarnymi i politycznymi konsekwencjami tego stanu rzeczy. W efekcie – szydził – „Uwolnilibyśmy Europę od długiej wojny, a siebie od kłopotów z własnym państwem”[13].

  Wnioski były jednoznaczne i miażdżące w swojej wymowie. O odzyskaniu państwa nie zadecydował własny czyn zbrojny, ale pomyślne dla sprawy polskiej zmiany, jakie dokonały się na arenie międzynarodowej. Zarówno z uwagi na brak sił, jak i angażowanie części z nich po niewłaściwej stronie, w istocie nie byliśmy w stanie wpłynąć na owe zmiany – mogliśmy je co najwyżej w porę dostrzec i należycie wyzyskać. To, że tak się stało i że w końcu odzyskaliśmy państwo, jest zasługą polityków cywilnych, a nie żołnierzy. Zadecydowała zatem mądrość, a nie męstwo. Poddawanie w tym miejscu tej interpretacji szerszej i bardziej szczegółowej ocenie nie jest celowe. Jej przydatność w roli narzędzia w toczącej się walce o umysły zanalizował w swoim czasie wnikliwie Andrzej Garlicki – wykazując, że jej przyjęcie wymagało pewnego przygotowania, stąd krąg adeptów z konieczności nie mógł być za szeroki[14]. O ileż łatwiej uwierzyć, że „chcieć to móc”!

  Odwoływanie się raczej do zdrowego rozsądku, niż narodowej megalomanii, z dłuższej perspektywy czasowej może być uznane za zaletę proponowanej interpretacji, ale na bieżąco wcale nie musiało powiększać jej agitacyjnej atrakcyjności. Pod tym względem bardziej użyteczne były zapewne te jej elementy, których przyswojenie nie wymagało umiejętności krytycznego myślenia. Odnosiło się to przede wszystkim do uproszczonego obrazu świata polityki, w którym realizacja interesów i potrzeb narodu powiązana została ściśle z poczynaniami jednego środowiska – zagrożonym zarówno ze strony przeciwników sprawy polskiej, jak i tych, którzy za sprawą różnych przyczyn – bezmyślnego ulegania tradycji, zaślepienia partyjnego, zwykłej głupoty, wreszcie uległości wobec obcych – sprowadzali na kraj nieszczęścia, lub – w momentach historycznej szansy – utrudniali skorzystanie z okazji. Kwestia stosunku do tradycji powstańczej wpisywała się w ten schemat.
Komentując oraz wyjaśniając stanowisko, zajęte przez siebie oraz własny obóz w czasie pierwszej wojny światowej, Dmowski powiązał je ze starciami z przeciwnikami własnej polityki, jakie przed wojną miały miejsce w związku ze sporem orientacyjnym. Mieściła się tu kwestia stosunku do tworzonych w Galicji pod hasłami walki z Rosją formacji paramilitarnych, a także kontrowersje wokół stosunku do rewolucji rosyjskiej 1905 r., kiedy to Liga Narodowa zdecydowała się przeciwstawić powstańczym planom kierownictwa PPS. Pokusa podkreślenia ciągłości własnego stanowiska, a także odwoływanie się przeciwników Narodowej Demokracji do XIX-wiecznej tradycji powstańczej czyniła nieuchronnym przeniesienie dyskusji na grunt historyczny – z konsekwencjami w postaci prób odczytania na nowo najważniejszych wydarzeń tworzących rdzeń narodowej tradycji.

  Ten teren konfrontacji mógł się wydawać o tyle dogodny, że wobec ogólnego bilansu powstań, układających się w ciąg spektakularnych porażek, zbicie argumentacji przeciwników nie wydawało się trudne. Za przykład inicjatywy pozbawionej szans od początku posłużyć w szczególności mogło otaczane przez Piłsudskiego kultem powstanie styczniowe. Zaostrzając stopniowo jego krytykę, w wydanej pod pseudonimem, opublikowanej w początkach lat 30 powieści sięgnął Dmowski po najcięższy z możliwych zarzutów, sugerując, że u podstaw inicjatywy podjęcia pozbawionej szans walki tkwiła obca, wroga Polsce intryga[15].

  Spór o przeszłość – najbliższą, bo związaną z oceną zasług w odzyskaniu niepodległości – rzutował zatem także na ocenę przeszłości odleglejszej, żywej nie tylko w narodowej tradycji, ale i wywierającej – pośrednio – wpływ na rozwój wydarzeń na bieżącej politycznej scenie. Sygnalizowano polityczne uwarunkowania sporu o zasługi w odzyskaniu państwa. Po przewrocie majowym problem stał się o tyle bardziej palący, że budowa wizerunku grupy rządzącej jako spadkobierców niepodległościowych wysiłków XIX stulecia dokonywała się w sytuacji, gdy kurs polityczny stopniowo się zaostrzał… Trudno się dziwić, że w odbiorze współczesnych kwestie te bywały łączone. Jeśli bowiem prawo do władzy wynikać miało z poniesionych zasług, a państwo było wartością najwyższą, uświęconą krwią kolejnych pokoleń bojowników o niepodległość[16], to czy owe zasługi plus poczucie misji nie stanowiły dostatecznego uzasadnienia także dla zastosowania środków niepopularnych, celem zabezpieczenia z trudem odzyskanej niepodległości? Nawet, jeśli uznać takie rozumowanie za spekulację, to mieściła się ona w realiach początku lat trzydziestych. Przypadające na lata 1930-1931
okrągłe rocznice walk powstania listopadowego, ostentacyjnie obchodzone przez obóz rządzący, zbiegły się w czasie ze sprawą brzeską oraz jej reperkusjami[17].

  Zaostrzenie się kursu politycznego nie tylko wpłynęło na temperaturę sporu o tradycję powstańczą, ale także w znacznym stopniu określiło jego dynamikę. Jakkolwiek w obrębie obozu narodowego krytykę powstań uprawiano przez cały okres międzywojenny, to w nasiliła się ona poczynając od drugiej połowy 1930 r. Kolportowane w prasie środowiska wątpliwości co do sensowności wystąpienia grupy młodych ludzi, bezmyślnie, bądź ze strachu przed pójściem pod prąd patriotycznej opinii popartych przez starsze społeczeństwo[18] odzwierciedlały oczywiście punkt widzenia środowiska, ale ostrość oraz jednoznaczność stanowiska pozostawała w ścisłym związku z przekonaniem, że toczony spór w istocie nie dotyczy przeszłości. Ten punkt widzenia trudno uznać za specyficznie endecki o tyle, że (inaczej motywowane) wątpliwości co do walorów tradycji powstańczej pojawiły się także w obrębie tej części sceny politycznej, gdzie kultywowano pamięć „czynu zbrojnego”, a autorytet Piłsudskiego tradycyjnie był wysoki. Ilustrowały je echa, jakie obudził powstały kilka lat później dramat Leona Kruczkowskiego, „Kordian i cham”.

  Uwikłanie sporu o przeszłość w konflikt polityczny, związany z walką o władzę i „rząd dusz”, zaowocowało zaostrzaniem stanowiska. Zaznaczało się ono na kilku płaszczyznach. Przede wszystkim wyraziło się w skłonności do rozszerzania listy wydarzeń rozpatrywanych w kategoriach występku, a co najmniej błędu. Zasadniczo
– poza akcją strzelecką z sierpnia 1914 r. oraz wystąpieniami Organizacji Bojowej PPS – rozciągała się ona na oba „romantyczne” powstania, 1831
i 1863 r.; wszakże w sygnalizowanym „Tragizmie losów Polski” Jędrzeja Giertycha podejrzenia o obcą inspirację objęły bez mała wszelkie podejmowane w naszych dziejach, niepomyślnie zakończone przedsięwzięcia, a dodatkowo wszystkie, które „biły w dorobek Rzymu”[19]. Potępienie masonerii określiło zatem stosunek nie tylko do XIX spisków, ale i wcześniejszych poczynań obozu oświeceniowego, analogiczne zaś potraktowanie reformacji dostarczyło klucza do interpretacji przyczyn osłabienia Rzeczypospolitej… Symptomem zaostrzania stanowiska była także nasilająca się skłonność do sięgania do legitymistyczno-konserwatywnej historiozofii, z ryczałtowym potępieniem „liberum conspiro”. W przypadku Giertycha wyraziła się ona w przyjęciu poglądu Kazimierza Mariana Morawskiego na przyczynę upadku Polski[20], w przypadku innego, reprezentatywnego dla młodego pokolenia publicysty i działacza, Adama Doboszyńskiego przybrała ona jeszcze bardziej skrajną postać. W swej nieufności wobec konspiracji potępił on bowiem wszelkie formy polityczne, oparte bądź na ukrywaniu działań przed szerszym ogółem, bądź związanych z kolektywnym (a nie jednoosobowym) podejmowaniem decyzji[21]. Tym samym co najmniej podejrzane stały się w gruncie rzeczy także i poczynania własnego środowiska – zarówno z uwagi na jego organizację, jak i genezę. Abstrahując bowiem nawet od pozostałości dawnej partii wyborczej w statucie oraz programie Stronnictwa Narodowego, swój początek wywodziło ono z działań organizacji tajnej – Ligi Narodowej.

  Nie trzeba dodawać, że w obrębie ruchu tradycję tę uważano za zaszczytną. Stąd też – między innymi – zbyt daleko posunięta przyncypialność w potępieniu spisków i powstań zaczęła budzić wątpliwości i opory także i w samym obozie narodowym. Wśród podnoszonych publicznie obiekcji szczególną wymowę miała miażdżąca ocena pisarstwa K.M.Morawskiego dokonana przez związanego z obozem narodowym renomowanego historyka, prof. Władysława Konopczyńskiego. W sarkastycznie zatytułowanym
(„Klio na przeszkoleniu”) artykule ośmieszył on postulaty uwolnienia nauki historycznej od masońskiego oświetlenia, przypominając, że ideałem nauki historycznej będzie zawsze prawda, a nie użyteczność[22]. Znakiem czasu wszakże było to, że ta właśnie, wieńcząca artykuł konkluzja uznana została za zbyt skrajną i zetknęła się z polemiką – i nawet nie ze strony skłonnej do ekstremizmu młodzieży. Zaprotestował polityk starszego pokolenia, Stanisław Kozicki, dowodząc otwarcie, że nikt mu „nie wytłumaczy, iż rzeczą ważniejszą jest badanie życia, niż ono samo” – z czego wynikać miało „że jest usprawiedliwiony polityk, który stawia wymagania dziejopisarzom.
Dla nikogo z nas nie jest obojętne co będzie z narodem polskim. Dla wielu z nas jest to troska największa, o wiele większa niż miłość  wiedzy i troska o jej przedmiotowość i obiektywizm”[23].

  Jak w wielu innych tego rodzaju wymianach poglądów, różnice stanowisk stanowiły odbicie odmiennych mentalności oraz sposobów myślenia. Biorąc pod uwagę, że właśnie Stanisławowi Kozickiemu przypadło w udziale – w związku z wycofaniem się prof. Zygmunta Wojciechowskiego – opracowywanie oficjalnej historii Ligi Narodowej, jego opinia brzmiała w tym momencie co najmniej dwuznacznie. Abstrahując od dalszych losów inicjatywy[24], jej podjęcie wskazywało na coraz większą wagę, jaką kierownictwo ruchu przywiązywało do batalii o pamięć, toczonej z obozem Piłsudskiego. Bezpośrednim impulsem było tu ukazanie się w roku 1933 książki Władysława Poboga-Malinowskiego,
„Narodowa Demokracja 1887-1918. Fakty i Dokumenty”. Zawarte w niej zarzuty zostały potraktowane bardzo poważnie – jak uważano, właściwą odpowiedzią na pracę Poboga może być jedynie erudycyjna monografia, pod każdym względem lepsza od książki sanacyjnego historiografa[25].

  Problem irredenty wyznaczył punkt ciężkości polemiki. Podstawowym bowiem zarzutem, jaki postawił endecji czołowy historiograf obozu rządzącego, była sugestia ugodowości wobec Rosji. Dobierając dokumenty i troskliwie przycinając cytaty, starał się Pobóg-Malinowski wykazać oportunizm środowiska, w istocie nie różniącego się swoim stanowiskiem od ugodowców. Jak sugerował, nawet w najwcześniejszej fazie swojej działalności, gdy w powszechnej opinii Liga zajmowała postawę antyrosyjską, w istocie kluczyła, wikłała się w polityczne lawirowanie.
Odrzucenie drogi powstańczej oznaczało pogodzenie się z niewolą – nie można było bowiem zakładać, że inaczej niż siłą skłoni się wroga, by się wycofał.

  Próba podjęcia zasadniczej polemiki z ujęciami zawartymi w książce Poboga wskazuje, obok innych symptomów, na istnienie w obrębie ruchu oporów przed wchodzeniem do końca w rolę przeciwnika irredenty – a co najmniej na brak zgody na stawianie znaku równości między krytyką powstań a przyjęciem postawy ugodowej. Jakkolwiek w bieżącej propagandzie sięgał on chętne do argumentacji zaczerpniętej z arsenału środowisk konserwatywnych, miał jednak – co w szczególności odnosi się właśnie do starszego pokolenia – świadomość odrębności przebytej drogi. Ruch uformował się w działalności spiskowej, w toku polemik prowadzonych także z reprezentantami środowisk ugodowych. Ich wyciszenie w ciągu dziesięciolecia poprzedzającego wybuch I wojny światowej wiązało się z przeobrażeniami społecznymi ruchu, ewoluującego coraz bardziej na prawo, w sferze zaś politycznej z narastającą tendencją do nie eksponowania dalekosiężnych celów politycznych, jako niemożliwych do realizacji w istniejących warunkach[26]. Zamiarem środowiska było jednak działanie na rzecz zasadniczej zmiany owych warunków.
Wiara, że będzie to możliwe we wchodzącej w rachubę perspektywie czasowej, w istocie irracjonalna[27], odróżniała środowisko od eksponujących swój „realizm” środowisk ugodowych.
Świadomość istniejącej odrębności rzutowała na możliwości pełniejszej integracji w obrębie szeroko rozumianego obozu prawicowego, animując – po obu stronach – nieufność i rodzącej różnorakie komplikacje w toku podejmowanej współpracy. Zawarta w książce Poboga-Malinowskiego sugestia wspólnego mianownika uderzała w czułą strunę. Jakkolwiek zawarte w niej zarzuty nie były nowe, dotyczyły spraw i czasów na tyle już odległych, że krąg pamiętających je postaci coraz szybciej już malał. Trudno się więc dziwić, że właśnie w jego obrębie zdecydowano się przypomnieć stanowisko i poczynania ruchu w czasach niewoli – układające się, właśnie w kwestii stosunku do irredenty – w obraz nieporównanie bardziej wielowymiarowy i złożony nie tylko od tego, który został naszkicowany przez Dmowskiego w powieści „Dziedzictwo”, ale i od tego, który zawarł we wcześniejszej „Polityce polskiej”.

  Zapewne można spierać się o pojęcie irredenty. W wydanej w serii „A to Polska właśnie”
monografii polskich poczynań niepodległościowych autorstwa Włodzimierza Suleji zostało ono zredukowane do poczynań typu powstańczego. Narodowa Demokracja pojawia się w niej dopiero przy okazji omawiania sporu orientacyjnego w przededniu I wojny światowej, przywołana jako przykład zerwania – właściwej irredencie polskiej od czasów konfederacji barskiej – ciągłości politycznych koncepcji, ze wskazaniem Rosji jako najgroźniejszego przeciwnika[28]. Mam wątpliwości, czy takie zakwalifikowanie Narodowej Demokracji jest generalnie trafne. Z wielu powodów, także ze względu na żywotność uprzedzeń wobec Rosji, zdradzanych przez kierownictwo Ligi, w szczególności angażującego się w sporze orientacyjnym po stronie Rosji Dmowskiego. Trwałość tych uprzedzeń potwierdza wiele świadectw, przede wszystkim korespondencja. Wskazują one, że poglądy Dmowskiego w istocie nie uległy zmianie od czasów, gdy wyżywał się w antyrosyjskiej publicystyce. Antagonizmowi polsko-rosyjskiemu, w zgodzie zresztą z irredentystyczną XIX-wieczną polską tradycją, przypisywał on tło cywilizacyjne – widział w nim nie zwykły spór polityczny, ale element globalnego starcia Zachodu ze Wschodem. Tego rodzaju optyka nie musi bezpośrednio przekładać się na bieżące dyrektywy polityczne, ale w dłuższej perspektywie rzutuje na sposób myślenia i negliżowanie jej znaczenia nie wydaje się słuszne. W podobnie „globalnych” kategoriach cywilizacyjnego starcia widział Dmowski także relacje polsko-żydowskie, charakterystyczne jednak, że mimo narastającego z upływem lat zacietrzewienia potrafił pozytywnie się wyrażać na przykład o żydowskiej pracowitości, czy żydowskiej rodzinie.
Paradoksalne, że trudniej byłoby znaleźć sądy o podobnie dodatniej wymowie o Rosjanach.

  W początkach swojej działalności Liga zdradzała zainteresowanie tego rodzaju formami działalności politycznej, które, jakkolwiek w sposób jednoznaczny dystansowały się od zamiaru wywołania kolejnego powstania, miały jednak wymowę niedwuznacznie irredentystyczną. „Nie pójdziemy dziś na wroga z kosami – głosiła jednak z odezw Ligi Narodowej – bo by nas zmógł i pobił. Ale jak przed laty Kiliński, w imię Boga, z czym kto może – z nożem czy siekierą, ze strzelbą czy pałką tępmy to robactwo, co nam kraj zapaskudza, tych urzędników, nauczycieli moskiewskich, popów, żandarmów, strażników i wszystkich kacapów, którzy się do nas przywlekli i ostatni kęs chleba nam wydzierają. Brońmy się prawem, a jak prawo nie pomoże
– to siłą, a jak siła nic nie zrobi – to chytrością i zdradą”. W innej odezwie powoływano się na przykład ludności Irlandii, która potrafiła znaleźć skuteczny środek na angielski ucisk, kiedy zamiast organizować kolejne bezowocne powstania przystąpiła do zabijania najbardziej gorliwych dręczycieli
– a przy okazji także „i swoich łotrów i zdrajców”. Płynie stąd i dla Polski wskazówka: „Niech w każdym mieście, w każdym powiecie choćby po dwóch, po trzech łajdaków zginie, zaraz inni zmiękną”[29]. Drastyczna w swojej wymowie dosłowność tego rodzaju zachęt tłumaczy, dlaczego nie mogły być one podtrzymywane później, gdy ruch okrzepł i podjął starania o pozyskanie środowisk umiarkowanych. Były one wszakże odbiciem pewnego sposobu myślenia, stanowiącego trwały element filozofii politycznej środowiska, przede wszystkim typowej dla nacjonalizmu tendencji do budowy własnej siły poprzez wyzyskiwanie napięć narodowościowych. W logice tego rodzaju poczynań mieściło się i odwoływanie się do poczucia odrębności, i przecinanie tworzących się pod obcymi rządami powiązań między ludnością polską, a napływającymi Rosjanami. Z tego rodzaju poczynaniami wiązał się już debiut polityczny środowiska[30], a kontynuowano je i później, także i po proklamowaniu „kursu na Rosję”[31]. Podobnie trwałe okazało się poszukiwanie form, w których mogłaby się realizować – skutecznie i bez narażania się na przeciwdziałanie wrogiego państwa – aktywność narodowa.

  Przed wojną właśnie ocena tej aktywności, jej celowości i skutków, była przedmiotem sporów i polemik toczonych z obozem konserwatywnym. Analizując przebieg kryzysu, zakończonego wybuchem powstania 1863 r., publicystyka ugodowa starała się wykazać, że irredenta polska – nie tylko wybuch walk, ale i poprzedzające go wrzenie – przecięła możliwości zreformowania systemu rządów w zaborze rosyjskim. Mogliśmy mieć autonomię, ale przez niecierpliwość i brak umiaru popsuliśmy wszystko. Ten sam motyw pojawił się także przy okazji krytyki poczynań zdominowanej przez Narodową Demokrację reprezentacji polskiej w II Dumie, gdzie zbyt daleko idące żądanie polskie miały zrazić Rosjan, rzekomo gotowych do ustępstw[32]… Optyka endecka była zasadniczo odmienna o tyle, że o ile za błąd uważano samo rozpoczęcie walk, to poprzedzające wybuch utrzymywanie się stanu napięcia postrzegano jako czynnik korzystny, bez którego Rosjanie nie widzieliby potrzeby bardziej elastycznej polityki. Rozwiązanie dylematu: jak wywierać nacisk, a nie przeciągnąć struny widziano różnie. Początkową fascynację irredentą na wzór irlandzki zastąpiło z czasem zainteresowanie możliwościami swego rodzaju narodowej pracy organicznej, prowadzącej do stopniowego zagospodarowywania dziedzin nie kontrolowanych przez obce państwo, z wyzyskaniem legalnych form działalności, ale nie ograniczaniem się do nich.

  Odrębny problem stanowi ogólna wymowa całej politycznej koncepcji. Nie ulega wątpliwości, że ujawniony podczas Wielkiej Wojny, a kultywowany przez środowisko i wcześniej, program budowy Polski jako państwa „wielkiego”[33], złożonego z ziem wszystkich trzech zaborów, zwracał się przeciw wszystkim mocarstwom zaborczym, a zatem również przeciw Rosji. W tym sensie w jakiejś mierze – w sposób wielce specyficzny – nawiązywał do tradycji XIX-wiecznej irredenty.
Wydaje się wszakże, że można tu mówić o pokrewieństwie duchowym bardziej bliskim i bezpośrednim. Warto, jak sądzę, wczytać się w tę część zawartego w
„Polityce Polskiej” wywodu Dmowskiego, w którym określił własny stosunek wobec romantycznej zasady mierzenia sił na zamiary – poddając przy okazji sarkastycznej krytyce publicystów konserwatywnej szkoły krakowskiej, którzy nad zasadą tą, jak pisał, „wielce się znęcali”. Tymczasem
“Nie to było grzechem organizatorów powstań, że >>mierzyli siły na zamiary<<, ale to, że zamiary ich nie były mądre, a właściwie nawet, że zapytani o swe zamiary, nie umieliby dać odpowiedzi, bo nie wiedzieli dobrze, do czego dążą. Zasady >> mierzenia zamiaru według sił<<, w istocie słusznej, bardzo łatwo nadużywać dla usprawiedliwienia lenistwa i braku odwagi.
Tymczasem wielkie zamiary, wielkie cele, bardzo na pozór przerastające siły, bywają przeważnie urzeczywistniane, jeżeli ci, co je sobie stawiają, wiedzą dobrze, do czego idą, i wszystkie swe siły ku jednemu zwrócą celowi. Wtedy siły rosną ponad oczekiwanie”[34].  


[1] Leszek Kamiński, Romantyzm i ideologia. Główne ugrupowania polityczne Drugiej Rzeczypospolitej wobec tradycji romantycznej, Wrocław 1980, s. 62-86.

[2] Patrz: Wojciech Wasiutyński, Tragizm i komizm książki Giertycha, „Ruch Młodych”, lipiec-sierpień 1936, nr 7-8, 10-11, s. 10-12.

[3] Bez względu na rozmach, nadawany krytyce tradycji powstańczej w obrębie obozu narodowego, nie jemu przecież przypadała palma pierwszeństwa w tym zakresie.
Można tu wręcz mówić o przejęciu części ideowego dziedzictwa obozu konserwatywnego – mającego w swoim dorobku i głośne manifesty publicystyczne w rodzaju „Teki Stańczyka”, i działania praktyczne w duchu ugodowym podejmowane na terenie państw zaborczych przed rokiem 1914. To swoiste zawłaszczenie było możliwe także dlatego, że po wojnie, w realiach własnego państwa, środowiska zachowawcze nie okazywały już gorliwości w poddawaniu rewizji heroicznej wersji dziejów ojczystych XIX stulecia.

[4] Dla którego Polska w dobie „Solidarności” – jak pisał – „stała się
sensacją na rok, hasłem na dwa, wspomnieniem na trzy” (O program większości, Londyn 1986, s. 25).

[5] Oddajmy znów głos Wojciechowi Wasiutyńskiemu. „O powstaniach 1930 i 1963 roku powiedziano, że wywołały je dzieci. Powstania warszawskiego nie wywołały dzieci, wywołali je starzy oficerowie legionowi. W tym powstaniu skoszony został kwiat młodzieży narodowej. I kwiat młodzieży w ogóle. I intelektualistów.
I zginęło 200.000 ludzi, a wraz z nimi nieodtwarzalne skarby kultury i nieocenione dobra materialne. Potem armia sowiecka okupowała Polskę, pozbawioną
głowy” (Czwarte pokolenie. Szkice z dziejów nacjonalizmu polskiego, Londyn
1982, s. 13).

[6] Pisali o tym, rozmaicie rozkładając sympatie, m.in. Jerzy Janusz Terej (Idee, mity, realia. Szkice do dziejów Narodowej Demokracji, Warszawa 1971), Wiesław Chrzanowski (Stronnictwo Narodowe w latach 1945-1947 na terenie kraju, Zarys działalności, „Głos” nr 55, listopad 1989, s. 88-101; nr 56-57, styczeń-luty 1990, s. 109-122; nr 58-59, marzec-kwiecień 1990, s.128-144), a ostatnio Lucyna Kulińska (Narodowcy. Z dziejów obozu narodowego w Polsce w latach 1944-1947, Warszawa 1999 i 2001).

[7] Dotyczyło to także nauki historii i nie tylko na poziomie szkolnym – przykładowo, w obszernym wydawnictwie wydanym w Warszawie w połowie lat trzydziestych, stanowiącym z założenia kompendium wiedzy o Polsce, realizowanym we współpracy z troskliwie dobranym gronem uczonych, poświęcone dziejom Polski XIX wieku rozdziały autorstwa Henryka Mościckiego i Janusza Iwaszkiewicza – obszernie informując o podejmowanych usiłowaniach powstańczych oraz działalności spiskowej, traktują ją jako coś zrozumiałego samo przez się, a pytanie o szanse przedsięwzięcia w ogóle nigdzie nie pada… (Patrz: „Wiedza o Polsce”, Warszawa b.d., t. 1, s. 489-582).

[8] Patrz: Bogumił Grott, Nacjonalizm chrześcijański, Krzeszowice 1999.

[9] Mam tu na myśli prace Mieczysława Sobczaka oraz – ostatnio – Olafa Bergmana.

[10] W tym względzie pionierski charakter mają ustalenia Romana Wapińskiego, a także Teresy Kulak (Jan Ludwik Popławski 1854-1908. Biografia polityczna, Vol.1, Wrocław 1989, s.192).

[11] Zebranych później w książce: „Polityka polska i odbudowanie państwa” (dwa wydania w połowie lat 20, potem kolejne).

[12] K.Kawalec, Roman Dmowski, Wrocław 2002, s.244-245.

[13] R.Dmowski, Polityka polska i odbudowanie państwa, Wyd. drugie, Warszawa 1926, s.147.

[14] A.Garlicki, Przewrót majowy, Warszawa 1980, s.127-128.

[15] K.Wybranowski, Dziedzictwo, Wydanie siódme (na podstawie drugiego), Wrocław 1997, s. 100-102.

[16] Potwierdzały to sformułowania konstytucji kwietniowej, gdzie odrodzenie państwa zostało związane z „walką i ofiarą najlepszych swych synów” (cyt. za: Polska w latach 1918-1939. Wybór tekstów źródłowych do nauczania historii, Warszawa
1986, s. 276).

[17] „Kto chce naród obłąkać – pisał Zygmunt Wasilewski – może to zrobić przez patriotyzm uczuciowy, czepiający się symbolów; wtedy można dać oręż do ręki przeciwko rodakom tym, co widzą rzeczywistość i dlatego tylko, że widzą. Kult patriotyczny chorągwi narodowych mogą uprawiać ludzie, nie tający dla narodu samego pogardy. Toteż ludzie tego typu znaleźli w obchodzie okazję do zamanifestowania swojej >> ideologii << i nie chcieli słuchać
żadnych historycznych poglądów na powstanie, upatrując w krytyce polityki
ówczesnych powstańców chęć pomniejszenia chwały polityki obecnej; ona jest bowiem dalszym ciągiem tamtej” (Na Widowni, „Myśl Narodowa” nr
50 z 7 grudnia 1930, s. 773. Por. tenże, Na Widowni, „Myśl Narodowa”
nr 39, z 28 września 1930, s. 613).

[18] „W Polsce – pisał Jan Zamorski – ludzie mają jeden wspólny, największy strach,
żeby ich nie posądzono o to, iż się boją” (Uwagi nad powstaniem listopadowym, „Myśl Narodowa” nr 47 z 23 listopada 1930, s. 738).

[19] J.Giertych, Tragizm losów Polski, Pelpin 1936, s. 6-7. Patrz też: s. 65-91.

[20] K.M.Morawski,
Źródło rozbiorów Polski. Studia i szkice z epoki Sasów i Stanisławów, Poznań
1935.

[21] Uczynił
to w broszurze pt. “Konspiracje”, wydanej w Warszawie w 1939 r.
Szerzej na ten temat: Bernadetta Nitschke, Adam Doboszyński. Publicysta i polityk, Kraków 1993, s. 110-115.

[22] W.Konopczyński, Klio na przeszkoleniu, „Myśl Narodowa” nr 16 z 18 kwietnia 1937 r., s. 247-248.

[23] S.Kozicki, Publicystyka i historia, „Myśl Narodowa” nr 21 z 23 maja 1937, s.
321-322.

[24] Stanisław Kozicki pracował wolno i nie zdążył z książką przed wybuchem wojny – los sprawił, że nie było mu więc dane wywiązać się z roli propagandysty. W rezultacie monografia Ligi Narodowej, doprowadzona do roku 1907, ukazała się
dopiero w roku 1964, wydana w Londynie sześć lat po śmierci autora. Los okazał
się dla niej łaskawy o tyle, że dzieło S.Kozickiego, mimo licznych braków warsztatowych, mimo wszystko zachowało trwałą wartość. Oparte było ono bowiem
(jak i książka Poboga-Malinowskiego) w znacznym stopniu na dokumentacji, która dziś już nie istnieje. Mowa o zbiorach przechowywanych w Muzeum Polskim w Raperswilu – krótko przed 1939 rokiem przeniesionych do Warszawy, gdzie spłonęły w czasie wojny. Zniszczona także została większość zebranych dla potrzeb pracy relacji – mimo podjętych środków ostrożności, polegających na podziale kolekcji i jej rozlokowaniu w prywatnych mieszkaniach.

[25] Stąd też Dmowski niestety zlekceważył sugestię prof. Z.Wojciechowskiego osobnego wydania zbioru dokumentów dotyczących Ligi (patrz: list z Warszawy z
13.03.1933, Biblioteka PAN Kraków, sygn. 7782). W kontekście późniejszych losów zbiorów raperswilskich można tylko żałować, że tak się stało.

[26] W rezultacie polityka środowiska stawała się dwoista: bulwersującym często opinię
deklaracjom o wymowie prorosyjskiej towarzyszyły prowadzone równolegle, zintensyfikowane po roku 1905, działania na rzecz rozbudowy wpływów Ligi na wschód od Królestwa (Roman Wapiński, Narodowa Demokracja 1893-1939. Ze studiów nad dziejami myśli nacjonalistycznej, Wrocław 1980, s. 125).

[27] R.Wapiński, Roman Dmowski, Lublin 1989, s. 185.

[28] W.Suleja, Kosynierzy i strzelcy. Rzecz o irredencie, Wrocław 1997, ss. 183.

[29] Odezwy Ligi Narodowej, Biblioteka PAN, Kraków, sygn. 7783, bez paginacji.

[30] Mowa z stanowisku, zajętym wobec udziału młodzieży polskiej w rozruchach, które w r.
1890 objęły uniwersytety rosyjskie – co się powtórzyło także w latach 1899 i
1901. W równej mierze chodziło tu o zaznaczenie odrębności polskiego stanowiska, jak i niedopuszczenie do tworzenia się więzów, integrujących
środowiska buntującej się młodzieży ponad narodowymi podziałami. Znamienne wydają się komentarze związanego z obozem ugodowym publicysty i działacza, Erazma Piltza. Choć oczywiście jak najdalszy od pochwalania rozruchów studenckich, uznał, że motywy, którymi kierowała się polska młodzież
powstrzymując od udziału w rozruchach, są o wiele bardziej niebezpieczne i je przede wszystkim potępił (Nasza młodzież, Przez Scriptora, wyd. II, Kraków
1903, s. 98).

[31] Patrz: Izabela Wolikowska z Lutoslawskich, Roman Dmowski, Człowiek, Polak, Przyjaciel, Chicago 1961, s. 273.

[32] Hipolit Korwin-Milewski, Siedemdziesiąt lat wspomnień (1855-1925), Poznań 1930, s. 275.
Por. Henryk Dembiński, Dziennik 1907-1915, wstęp i opracowanie Szymon Rudnicki, Warszawa 2000, s. 64-66.

[33] Patrz: Piotr Wandycz, Narodowa Demokracja a polityka zagraniczna II Rzeczypospolitej,
“Więź”, nr 7-8, lipiec-sierpień 1989, s. 157-158, 162, 168. Por.: R.Wapiński, Roman Dmowski, Lublin 1989, s. 239, tenże, Historia polskiej myśli politycznej XIX i XX wieku, Gdańsk 1997, s. 165-166.

[34] R.Dmowski, Polityka polska i odbudowanie państwa. Wydanie drugie, Warszawa 1926, s.126.

Powstanie Listopadowe – analiza prof. M. Bobrzyńskiego

Źródło: Prof. Michał Bobrzyński, „Dzieje narodu i państwa polskiego”, rdz. „Powstanie Listopadowe”

By zdać sobie sprawę, skąd się wzięło powstanie listopadowe, posłuchajmy następującej cytaty:

„Półgębkiem tylko wspomina się o jednej przyczynie, którą niestety trzeba będzie uznać za istotną. Mianowicie tajne związki europejskie miały zwrócić się do swoich „braci” w Polsce z żądaniem wywołania rewolucji, aby zatrudnić Mikołaja w domu i nie dopuścić do jego interwencji w sprawach belgijskiej i francuskiej. Wolnomularze przypomnieli to dzisiaj mimochodem przy okazji stulecia belgijskiego, a przygotowywana w Paryżu wystawa pamiątek Powstania Listopadowego wychodzi już wyraźnie z tego przypomnienia”. (Jan Zamorski, Uwagi nad Powstaniem Listopadowym, „Myśl Narodowa” 1930, Nr 46, 47 i 48 z dn. 16, 23 i 30 listopada).

Jak wiadomo, 29 lipca 1830 roku wybuchła w Paryżu rewolucja (tzw. rewolucja lipcowa), której owocem było obalenie we Francji starszej linii Burbonów, a 25 sierpnia wybuchła w Brukseli rewolucja, która doprowadziła do oderwania się Belgii od Holandii. I w obu tych rewolucjach rolę naczelną odegrała masoneria.

Nawiasem mówiąc, nie tylko masoneria była zainteresowana w wybuchu tych rewolucji, będących nowym nawrotem do tradycji dawnej „wielkiej” rewolucji. Była w tym zainteresowana również i polityka pruska. Oględnie daje to do zrozumienia Bismarck w swoich pamiętnikach: „Przyjazne Polsce (polenfreundlich) rosyjsko-francuskie przymierze, jakie wisiało w powietrzu przed rewolucją lipcową, byłoby ówczesne Prusy postawiło w trudne położenie”.

Utrzymanie się jednak zdobyczy rewolucji lipcowej zagrożone było przez to, iż cesarz rosyjski Mikołaj I zamierzał we Francji interweniować zbrojnie, aby rewolucję lipcową obalić. Najdalej wysuniętymi na zachód siłami wojskowymi, znajdującymi się pod władzą Mikołaja, były wojska polskie w Królestwie Kongresowym. Tych właśnie wojsk zamierzał Mikołaj użyć do stłumienia rewolucji francuskiej.

Przy tym samym ogniu zamierzał zresztą upiec i inną jeszcze pieczeń: wyprowadzenie wojsk polskich z Królestwa i poprowadzenie ich do Francji dawało mu sposobność do mocniejszego ujęcia w swoje ręce władzy w Królestwie Polskim oraz władzy nad polskim wojskiem.

Z tych ostatnich powodów decyzja Mikołaja była faktem z punktu widzenia interesów polskich niepomyślnym. Faktowi temu polityka polska powinna się przeciwstawić bądź by do niego nie dopuścić, bądź by zneutralizować jego skutki. Ale powinna to zrobić w ten sposób, by nie narazić Polski na jakieś skutki jeszcze bardziej niepomyślne. Polityka polska miała tu przed sobą kilka różnych możliwości. Pomówimy o nich niżej.

Do możliwości tych nie należało jednak powstanie listopadowe. Dziwnym zbiegiem okoliczności poprowadzone zostało tak, że za jednym zamachem uratowało rewolucję francuską przed interwencją cara Mikołaja oraz doprowadziło do likwidacji państwowości polskiej, utrzymującej się pod postacią Królestwa Kongresowego. To znaczy przyniosło dwa rezultaty, które były wysoce korzystne z punktu widzenia interesów i dążeń masonerii.

Pod tym względem powstanie to przypomina do złudzenia powstanie kościuszkowskie: i ono również uratowało rewolucję francuską i zniszczyło szczątki państwowości polskiej. Nie należy sądzić, by strata, którą powstanie to dla naszego narodu spowodowało: utrata samodzielności Kongresówki, była stratą małą. Królestwo Kongresowe było prawdziwie silnym państwem. Miało ono doskonałe wojsko, liczne, dobrze wyposażone i wyćwiczone, ożywione doskonałym i bez zastrzeżeń polskim duchem. Miało zasobny skarb, umiejętną i przewidującą polityką ministra Lubeckiego systematycznie powiększany. Miało własny rząd, skupiający w swoim ręku niemal pełnię władzy. Miało rozumną politykę wewnętrzną, bardzo szczęśliwą, zwłaszcza w dziedzinie gospodarczej, która doprowadziła do tego, że Królestwo znajdowało się w stanie po prostu kwitnącym; w przeciwieństwie np. do stosunków dzisiejszych, zarówno poziomem zamożności jak poziomem kultury górowało nad sąsiednim Księstwem Poznańskim, stanowiąc dla niego wzór niedościgniony.

Mając takie czynniki politycznej siły i politycznej niezależności, jakie stanowi rząd, skarb, wojsko oraz zamożny i patriotyczny duchem ożywiony kraj, stanowiło Królestwo Kongresowe potężną pozycję w bilansie sił narodowych Polski, pozycję, która mogła w dogodnym momencie zaważyć w sposób rozstrzygający na losach całego narodu. Słuszności powyższych wywodów w najmniejszej mierze nie umniejsza fakt, że Królestwo Polskie związane było węzłami polityczno-prawnymi z Rosją, że w Warszawie rezydował jako namiestnik carewicz Konstanty i dawał się swoim brakiem taktu, swoją brutalnością i okrucieństwem krajowi mocno we znaki, że, życie polityczne Królestwa było zatrute miazmatami wprowadzonego przez Konstantego systemu policyjnego oraz że wreszcie stacjonowało w Królestwie kilka pułków rosyjskich, złożonych zresztą przeważnie z mieszkańców ziem zabranych. Bo były to fakty, które w razie potrzeby można było niemal bez wysiłku zlikwidować.

Pamiętać jeszcze należy dodatkowo, że powstanie listopadowe nie tylko zniszczyło samodzielność Królestwa, ale i osłabiło polskość w tzw. ziemiach zabranych, to jest należącej bezpośrednio do Cesarstwa Litwie i Rusi. Wystarczy przypomnieć sobie to, co każdy wie o stosunkach wileńskich w epoce Mickiewicza, a więc zaledwie na kilka lat przed powstaniem, by zdać sobie sprawę, jak silna tam była polskość – a więc jak wielkie ponieśliśmy tam przez powstanie straty.

Jaką rolę mogło Królestwo Kongresowe w dogodnym momencie odegrać, pokazuje najlepiej sytuacja w 1848 roku. W roku tym wybuchły rewolucje w Berlinie i w Wiedniu, a więc sparaliżowane były przez dłuższy czas dwa spośród trzech państw zaborczych. Wybuchło poważne powstanie polskie w Poznańskiem (obejmujące częściowo także i Pomorze), które zdołało wytworzyć pewną siłę zbrojną i stoczyło parę poważniejszych utarczek z wojskami pruskimi – wśród nich dwie zwycięskie (pod Miłosławiem 30 kwietnia, pobity korpus 5.000 Prusaków generała Blumena, i pod Wrześnią 2 maja, pobity oddział 1.800 Prusaków gen. Hirschfelda). Wybuchły poważne rozruchy w Galicji (dopuszczono do tworzenia się „gwardii narodowej”, później jednak zbombardowano Kraków i Lwów), mimo że prowincja ta była bardzo wyczerpana wydarzeniami sprzed dwóch lat (1846, próby powstania, rzeź galicyjska), Wybuchły poważne niepokoje w Czechach. Wybuchło groźne powstanie przeciwaustriackie na Węgrzech, rozmiarami swymi podobne do wojny polsko-rosyjskiej z lat 1830-1831.Wybuchło wreszcie zwrócone również przeciw Austrii powstanie we Włoszech.

Można sobie bez trudu wyobrazić, jakby wyglądał rok 1848, gdyby wypadki lat 1830-31 nie zniszczyły samodzielności Królestwa Polskiego i polskiej siły politycznej na ziemiach wschodnich. Królestwo Kongresowe, o znacznie zmniejszonym w porównaniu do czasów sprzed roku 1830 zakresie samodzielności, przeważyłoby swoim udziałem w wypadkach 1848 szalę na korzyść rewolucji. Siły polskie z Królestwa Kongresowego zapewniłyby zwycięstwo w Poznańskiem, na Pomorzu i w Galicji. Tym sposobem powstałby rozległy blok terytorialny polsko-węgierski, obejmujący zapewne również Litwę oraz sporą część ziem ruskich, a być może też i Czechy, który posiadałby zapewne dostateczną siłę po temu, by oprzeć się zwycięsko połączonym siłom nietkniętej rewolucją Rosji i osłabionym przez rewolucję Prus i Austrii.

Oczywiście wypadki te mogły nastąpić również i znacznie wcześniej, a niekoniecznie dopiero w roku 1848. Wypadki te w tej formie nie nastąpiły, bo zabrakło im rzeczy najważniejszej: wojska, skarbu i organizacji państwowej Królestwa Kongresowego. W roku 1846 Królestwo, a tak samo ziemie zabrane, nie zdołały nawet drgnąć. Pozostały w zupełnym bezruchu, bo na przedsięwzięcie jakiegokolwiek poruszenia brak im było sił; siły ich wypaliły się do cna i bez możności odtworzenia w ciągu długich dziesięcioleci – w latach 1830-1831.

Niejeden z czytelników może fakt wybuchu wywołanej przez tajne związki rewolucji w Berlinie uważać za argument przeciwko tezie, iż Prusy i tajne związki stanowiły zawsze solidarny obóz. W istocie tak nie jest. Tajne związki nie stanowią jednolitego mechanizmu, posłusznego każdemu skinieniu kierownictwa. Stanowią one wyrośnięty organicznie splot urozmaiconych i nieraz ze sobą skłóconych grup, które jedynie tylko bardzo misterną akcją ukrytego w najgłębszej konspiracji ośrodka centralnego potrafią przynajmniej w rzeczach najważniejszych być nakierowane na drogi wskazane przez centralny ośrodek. W wielu jednak przypadkach polityka tajnych związków bywa niekonsekwentna i bezładna. Toteż w zwracaniu się bardziej radykalnych spośród tajnych związków przeciw Prusom, które są trwałym sojusznikiem tajnych związków, nie ma nic nienaturalnego.

* * *

Powstanie listopadowe – zupełnie tak samo jak powstanie Kościuszki – nie było właściwie powstaniem, ale wypowiedzeniem wojny z równoczesnym dokonaniem przewrotu rewolucyjnego (obaleniem rządu) w państwie wojnę wypowiadającym. Nie można mówić, że powstanie to miało na celu odbudowanie państwa polskiego, bo państwo to, aczkolwiek w szczupłych granicach i z niepełnym zakresem samodzielności, już czy jeszcze istniało. Wobec tego należy sobie postawić pytanie – cóż było celem powstania? Bo przedsięwzięcia na tak wielką skalę i połączonego z tak wielkim dla kraju ryzykiem nie wolno podejmować nie wiedząc dokładnie, jakie ono krajowi może przynieść korzyści.

Bardzo wyraźnie rysuje się cel negatywny powstania: zamiar sparaliżowania Mikołajowskiej wyprawy na rewolucyjną Francję. Zamiar ten usprawiedliwiałby powstanie zupełnie dostatecznie, gdyby chodziło tylko o interes Rewolucji Francuskiej. Ale mając na celu interes narodowy polski, trzeba sobie było stawiać również cele pozytywne. Bo uniemożliwienie marszu Mikołaja na Francję mogło być połączone z klęskami Polski o wiele większymi niż ten marsz (tak się też stało w istocie). Organizatorzy powstania, chcąc służyć interesom Polski, a nie interesom masonerii, powinni zadać sobie przed powstaniem pytanie: co chcą tym powstaniem w Polsce i dla Polski osiągnąć? Otóż cele pozytywne powstania rysują się więcej niż mgliście. Można mówić mniej więcej o dwóch takich celach: o zerwaniu węzłów prawno-politycznych, łączących Królestwo z Rosją, i o zdobyciu „ziem zabranych” (Litwy i Rusi). Ale pierwszy z tych celów był celem zbyt małym – możliwa tu do osiągnięcia zmiana była zmianą zbyt nieznaczną, by warto było dla osiągnięcia tego celu narażać kraj na tak wielkie ryzyko. A drugi z tych celów przyświecał jego organizatorom i wodzom. Bo gdyby istotnie o tym przede wszystkim celu myślano, nie ograniczono by się do paru drobnych, niemal partyzanckich wypraw na Litwę i Wołyń (Giełguda, Chłapowskiego, Dwernickiego), ale zaraz z początku powstania zamiast kręcić się w kółko po Królestwie Kongresowym, przystąpiono by do działań zaczepnych w wielkim stylu, mającym na celu zdobycie ziem zabranych. Inna kwestia, że nawet osiągnięcie w tej akcji sukcesu nie byłoby dziełem trwałym. Pozostawione za plecami Prusy niedopuściłyby bowiem do takiego wzmożenia sił Kongresówki.

Wszystko razem biorąc – pisze Zamorski – powstanie doszło do skutku bez żadnej myśli politycznej. I bez żadnego programu. Inicjatorzy i kierownicy powstania znaleźliby się w największym kłopocie, gdyby udało im się wygrać. Co robić z Kongresówką, odciętą od morza i świata, która liczyła wówczas 3 miliony ludności, otarta jak stół i otoczona zewsząd przez przemożnych wrogów? A przecież każde ludzkie przedsięwzięcie powinno mieć jakiś program do wykonania w razie, jeśli się uda. I ta bezprogramowość oraz bezcelowość odbiera powstaniu wszelkie cechy czynu politycznego, a sprowadza je do rzędu krewkich, nieświadomych, nieodpowiedzialnych odruchów. Jest świadectwem niedojrzałości politycznej ówczesnego pokolenia.

Posłuchajmy innego jeszcze cytatu z Zamorskiego:

„Jeżeli wrzenia umysłów w Warszawie niepodobna było opanować, można było skierować tę nienawiść przeciw Austrii dla wyzwolenia rodaków z prawdziwie egipskiej niewoli (Galicja była wówczas najbardziej uciskaną dzielnicą Polski), i to byłby program istotnie narodowy. Wszelako najrozumniejszą myślą, najbardziej dalekowzrocznym programem byłoby podówczas skierowanie narodu polskiego przeciwko Prusom. Odzyskanie własnego brzegu morskiego dla Kongresówki i przyłączenie Poznania (o polskości Śląska nie wiedziano wtedy, niestety) byłoby tak nieobliczalnym w następstwa zyskiem, że warto było hazardować. A sprawa nie była tak trudna, jak się wydawało. Jeszcze ziemie polskie zaboru pruskiego nie zostały włączone do Rzeszy niemieckiej, tylko stanowiły jak gdyby zagraniczne posiadłości Prus. Zazdrość innych państw niemieckich względem Prus zostawiłaby je własnym sitom, a zmobilizowana armia polska mogła się z nimi mierzyć. Godzi się przypuszczać, że nawet despotyczni monarchowie wtedy przynajmniej po cichu sprzyjaliby Polakom, nie mówiąc o ludach, i Prusacy, którzy mądrze o sobie myśląc, przypisują wrogom także rozumne plany, prawie od Kongresu Wiedeńskiego brali w rachubę możliwość wojny z Kongresówką, a ich ministrowie myśleli o przygotowaniu się na tę ewentualność. Kongresówka, powiększona o Poznań i Gdańsk, o ile nie Królewiec, mogła sobie w stosunku do Rosji zapewnić takie stanowisko, że jej wolności konstytucyjne byłyby bardziej szanowane w Petersburgu. Strachajło polityczny gotów zawołać: A cóżby na to powiedział cesarz Mikołaj jako król polski i naczelny wódz wojska polskiego? Z pewnością nie byłby tego rodzaju programem politycznym więcej obrażony niż powstaniem, które w prawnym rozumieniu było tylko buntem przeciw swojemu monarsze”.

Dodajmy do tego, że powstanie w zaborze pruskim i austriackim było wówczas rzeczą zupełnie możliwą.

Posłuchajmy, co mówi Tokarz: (Sprzysiężenie Wysockiego i noc listopadowa, Kraków 1925, s. 43).

„Pod wpływem odgłosów Paryża poruszyła się nasamprzód Wielkopolska. Władze pruskie od września poczęły zasypywać Berlin doniesieniami o zebraniach szlachty, agitacji Tytusa Działyńskiego wśród chłopów, fermencie w miastach i agitacji duchowieństwa. Zdawało się, że tutaj najprędzej wybuchnie powstanie i obejmie Pomorze; obawiał się tego nawet Dybicz, wysłany w końcu sierpnia do Berlina. Zwracano uwagę na to, że w całej Wielkopolsce nie ma więcej ponad 15 tysięcy wojska pruskiego, podczas gdy landwera miejscowa liczy 30 tysięcy i ma na miejscu swe magazyny broni i oporządzenia. Ożywienie aspiracji narodowych dawało się odczuć i w Galicji. Stało tu zaledwie 18 tysięcy wojska austriackiego, i to oddziałów uzupełniających się w kraju, podczas gdy 30 tysięcy urlopników przebywało po wsiach, ich broń i oporządzenie znajdowały się w miastach powiatowych. W październiku, w przewidywaniu, że część wojska wypadnie wyprowadzić stąd do Wioch w obawie o wybuch powstania, Metternich zwracał się do Petersburga z oryginalną prośbą; chciał, aby Rosja skoncentrowała nad granicą Galicji większe oddziały i tym przytłumiła fermenty powstańcze tej dzielnicy”.

Wielkopolskę Tokarz nazywa najruchliwszą wówczas powstańczo dzielnicą Polski.

Niestety, o akcji w kierunku antypruskim kierownicy i organizatorzy powstania nie myśleli. Z Wielkopolską… Związek (spiskowców Wysockiego) nie posiadał żadnych w ogóle stosunków (cytat z Tokarza, ibid., s. 60). Tajne związki byłyby objawem naturalnym na ziemiach litewsko-ruskich oraz w zaborach pruskim i austriackim, ale w Kongresówce były niedorzecznością. A właśnie tam się pieniły, gdzie była dość duża wolność, nie było ich prawie tam, gdzie panowała niewola. (cytat z Zamorskiego, ibid.).

Powstanie listopadowe było wojną wypowiedzianą Rosji w imieniu istniejącego naówczas niewielkiego państwa polskiego – i wojną bez określonego celu i programu. Wojna ta nie mogła – absolutnie nie mogła – skończyć się inaczej, jak klęską. Bo jej sprawcy zupełnie nie brali pod uwagę niesłychanie ważnej konsekwencji tej wojny, jaką byłoby w razie większych powodzeń polskiego oręża wmieszanie się w nią Prus.

Wojna polsko-rosyjska z lat 1930-31 była wojną trudną do wygrania nawet w warunkach odosobnionej walki dwóch przeciwników. Jak wiadomo, zakończyła się ona naszą klęską dzięki zwycięstwom samego tylko oręża rosyjskiego. Ale przy dużym naszym wysiłku, zręczności, determinacji i szczęściu naszych wodzów, sprzyjającym splocie okoliczności itd. mogła się ona ostatecznie – wobec osłabienia Rosji wojną turecką i niezbyt pomyślnego jej stanu wewnętrznego – zakończyć i naszym orężnym nad Rosją zwycięstwem. Ale wówczas automatycznie na widownię wystąpiłyby Prusy. Wzięci we dwa ognie, zaatakowani w plecy, musielibyśmy nieuchronnie ponieść klęskę. Tak więc wywołanie w roku 1830 wojny z Rosją było błędem – i to błędem wielkim.

Warto się przyjrzeć, jak doszło do popełnienia tego błędu. Przypomnijmy sobie, że sprawcą i organizatorem powstania listopadowego był podporucznik Wysocki. Jest to doprawdy dość dziwna wojna, którą na własną rękę i odpowiedzialność, w imieniu państwa mającego własny rząd i silną armię posiadającą na swym czele liczną plejadę generałów, wypowiada porucznik. Mimo wszystko trudno się nie zgodzić, że decydowanie o tak ważnej rzeczy jak sprawa wojny i pokoju nie należy do podporuczników. Gdybyśmy dziś ujrzeli w Polsce podporucznika czy choćby porucznika albo kapitana na własną rękę wszczynającego wojnę z Rosją, uznalibyśmy go chyba za człowieka chorego umysłowo.

Ale zgódźmy się ostatecznie z ewentualnością, że pod mundurem podporucznika może się kryć polityczny i wojskowy geniusz. Wyjątkowe sytuacje usprawiedliwiają wyjątkowe przedsięwzięcia. Można by nie mieć pretensji do podporucznika Wysockiego, gdyby wszczynając wojnę z Rosją równocześnie wziął na siebie odpowiedzialność za losy tej wojny. To znaczy obalił istniejący w Polsce rząd – i sam na czele rządu stanął, sam również objął naczelne dowództwo wojska albo kogoś zgodnego z nim w poglądach mianował wodzem naczelnym.

Nic podobnego miejsca nie miało. Organizatorzy powstania – z Wysockim na czele – myśleli tylko o tym, by powstanie zacząć. Nad tym, co będzie dalej, zgoła się nie zastanawiali. Przypuszczali oni, że najwybitniejsze autorytety w narodzie z chwilą, gdy powstanie wybuchnie, od razu na jego czele staną i poprowadzą je dalej. Gdy po wybuchu nikt z wybitnych autorytetów samorzutnie kierownictwa nie objął, organizatorzy wybuchu uporczywie i rozpaczliwie zwracali się do coraz to nowych osób z prośbą o objęcie władzy. Wytworzyła się przy tym paradoksalna sytuacja, że najuporczywiej błagano o pokierowanie powstaniem tych, którzy byli jego przeciwnikami.

Posłuchajmy, z jaką rozpaczliwą wytrwałością nalegano np. na znanego i powszechnie lubianego generała Stanisława Potockiego, byłego uczestnika powstania Kościuszki.

„Między kościołem św. Aleksandra i Instytutem Głuchoniemych Podchorążówka spotkała gen. Stanisława Potockiego. Jechał na pięknym gniadoszu, w płaszczu, przy szpadzie i szarfie, w stronę Belwederu, aby być radą i pomocą Konstantemu, jego jedyną siłą żywą tej nocy. Szlegel, Wysocki, następnie poszczególni podchorążowie poczęli go prosić, aby stanął na czele Szkoły, objął buławę hetmańską powstania. Prosili długo, uparcie, natarczywie. Zaklinam Cię – miał podobno mówić do niego Wysocki – na miłość ojczyzny, na więzy Igelstroma, w których tak długo jęczałeś, żebyś stanął na naszem czele. Nie sądź, że sama Szkoła powstała. Całe wojsko zmierza do swoich stanowisk i jest z nami.
Generale! Prowadź nas dalej! – wołali podchorążowie. Jeden z nich, Nereusz Różański, miał przypaść podobno do jego ręki. Potocki odpowiadał łagodną ,wymijającą trochę mową; nie groził, nie oburzał się. Dzieci – mówił – uspokójcie się! W końcu na rozkaz Wysockiego szeregi rozstąpiły się i przepuściły Potockiego. Nie podniosła się jeszcze przeciw niemu żadna ręka, choć wiedziano dobrze, że jedzie do Belwederu”. (cytat z Tokarza, 146-147).

Później przez szereg godzin Potocki był energicznym organizatorem kontrakcji przeciwko powstaniu. Z pewnością nie czynił tego dla miłości Rosji, lecz z przekonania, iż jak najszybsze zduszenie powstania leży w interesie Polski. Widzimy go jak gromadzi wojska, jak aresztuje oficerów-powstańców, jak agituje po oddziałach, by się do powstania nie przyłączały. Mimo to powstańcy w dalszym ciągu ponawiali próby, by go postawić na czele powstania.

Jeszcze między godziną 10 i 11 Wysocki i Szkoła Podchorążych zwracali się do gen. St. Potockiego, bez względu na całą jego działalność poprzednią, na to wreszcie, że strzelano już do niego parę razy na ul. Marszałkowskiej, z prośbą o objęcie dowództwa. Szkoła podeszła wtedy na Rymarskiej do stojącego tutaj z półplutonem pułku 2. p.l. kpt. Reymana i zawołała: „Gdzie Potocki?”. Rejman zaprowadził jej delegatów, między nimi podchorążego Nyko, do Banku Polskiego, do mieszkania Lubeckiego, gdzie znajdował się Potocki. Nyko przemawiał tu do Potockiego, mówił, że zginęli już Trębicki, Blumer i Hauke – i że oprócz niego nie ma już generała, który mógł objąć dowództwo, podchorążowie chórem przyłączyli się do tej prośby. Potocki wymawiał się od przyjęcia dowództwa”. (cytat z Tokarza, s. 192-193).

Ostatecznie Potocki poszedł w ślady generałów wymienionych wyżej: został zastrzelony około godz. 1 w nocy przez grupę powstańców, których namawiał, aby powstanie porzucili.

Równie jaskrawym nieporozumieniem było zwracanie się przez powstańców o objęcie dowództwa nad powstaniem do gen. Chłopickiego.

Ppor. Dobrowolski, zwracając się do Chłopickiego, podał mu swój pałasz, mówiąc:

„Pomagaj nam, generale! Teraz czas!” „Zastanów się pan – odpowiedział Chłopicki – co pan czynisz!” .Generale, nie czas się zastanawiać!” ” Dajcie mi spokój – powiedział wreszcie Chłopicki. Idę spać”. I poszedł do Komisji Rządowej wojny, do mieszkania ppłk. Sobieskiego, gdzie całą noc spędził na rozmowie przy fajce ze Schwerinem, Sobieskim i Denhoffem, potępiając brutalnie wybuch: „Półgłówki zrobiły burdę, którą wszyscy ciężko przypłacić mogą. Mieszać się do tego nie należy… Marzyć o walce z Rosją, która trzemakroć sto tysiącami wojska zalać nas może, gdy my ledwie pięćdziesiąt tysięcy mieć możemy, jest pomysłem głów, którym piątej klepki brakuje”. (cytat z Tokarza, s. 121).

Chłopicki stanął później na czele powstania, ale dopiero wówczas, gdy wojna z Rosją była już faktem, nie dającym się odwrócić.

„Sprzysiężeni mieli w czasie nocy listopadowej szukać wodza gorączkowo wszędzie, błagać o objęcie buławy każdego niemal człowieka ze szlifami generalskimi, zabijać nawet opornych kandydatów, byleby tylko nie sięgać po buławę dłońmi własnymi”. (cytat z Tokarza, s. 112).

Tokarz podaje cale listy osób (np. na s. 192), do których się bezskutecznie zwracano o objęcie dowództwa lub wejście w skład rządu.

Spisek listopadowy to było: „jedyne w swoim rodzaju sprzysiężenie bez ideologii własnej, którego celem miała być rewolucja posiadająca sankcję kierowników jawnej, legalnej polityki narodu, rewolucja, której sprawcy z góry zamykali sobie usta i na drugi dzień po wybuchu zniknąć mieli ze sceny”. (cytat z Tokarza, s. 28).

Bezradne stanie w miejscu akcji powstańczej w pierwszych tygodniach powstania jest faktem powszechnie znanym. Mniej znanej, całkowitej, rozpaczliwej bezradności powstania w jego pierwszych godzinach i przez całą pierwszą noc, poświęcona jest właśnie cytowana tu niejednokrotnie książka Tokarza.

Powstanie zaraz po wybuchu stanęło na martwym punkcie, bo sami jego organizatorzy nie wiedzieli, do czego dążą i co mają osiągnąć. Później z wybuchu Powstania Listopadowego wyłoniła się niejako automatycznie wojna z Rosją – wojna bez celu i nadziei – której jednak sam poryw patriotyczny dał jaki taki ład i rozmach. Ale w swoich początkach powstanie listopadowe jest typowym przykładem zwykłej bezmyślnej politycznej burdy.

Burdy, które państwa prowadzące politykę kolonialną wywołują w krajach egzotycznych na to, by mieć w nich pretekst do interwencji1, wyglądają dokładnie tak samo. Oficer tubylczy, podbuntowany przez działających na rzecz państwa europejskiego agentów albo po prostu przekupiony, oficer na czele garści żołnierzy wywołujących ruch, tak samo nie myśli o tym, co ma z tego rozruchu wyniknąć. On wie tylko jedno: jego zadaniem jest rozruch. Ze skutkami tego rozruchu niech już sobie radzą inni.

Postawa sprawców powstania listopadowego wygląda, niestety, zupełnie podobnie. Wiedzieli oni tylko tyle, że mają do skutku doprowadzić wybuch; o jego następstwach z całą beztroską nie myśleli.

„Myśl, że powstanie listopadowe było awanturą wykonaną na zamówienie czynników Polsce wrogich, zjawiła się już w umysłach współczesnych. O wywołanie powstania posądzano Konstantego. Niektórzy, np. Chłopicki, podejrzewali go o celową prowokację zmierzającą do zyskania pozorów do odebrania Królestwu jego praw”. (cytat z Tokarza, s. 231). My byśmy zresztą zwrócili nasze podejrzenia raczej ku Prusom, no i ku działającej zarówno na rzecz Prus jak i na rzecz rewolucji (w danym razie rewolucji francuskiej) masonerii.

Dodać tu jeszcze należy, że ludzie robiący powstanie byli ludźmi bardzo miernej skali. O Wysockim mówił jego przełożony, ppłk Olędzki: „Dowiedziałem się, iż jest tępego pojęcia, a nawet cała Szkoła uważa go za człowieka ograniczonego”. (Tokarz, s. 21). Słynny generał Ignacy Prądzyński powiedział o nim: „Wysockiego poznałem w ciągu wojny… Trudno sobie wystawić… jak łatwo było nim pokierować”. (Tokarz, s. 22). „Wysocki był tylko zdecydowanym, bardzo dobrym subalternem. ..ale niczym więcej”. (Tokarz, s. 22). Ze wszystkiego, co wiemy dziś o Wysockim, wynika jasno, że był to człowiek kierowany stale przez innych, stanowiący ich narzędzie. Źródła wpływów domyślić się nietrudno, choć w śledztwie o tych właśnie wpływach Wysocki nie chciał powiedzieć ani słowa. (Tokarz, s. 22).

Gorzej znacznie wypada charakterystyka drugiego wybitnego organizatora wybuchu, podporucznika Zaliwskiego2. Był to człowiek miernych zdolności, a obok tego ambitny, podstępny, nie przebierający w środkach karierowicz i spryciarz. (Tokarz, s. 46-50).

Na ogół organizatorom spisku i wybuchu powstania nie można odmówić dobrych chęci i ideowości. Ale, jak mówi przysłowie, dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane. Historycy rozczulają się i unoszą nad nieskazitelnością duszy, siłą i wzniosłością uczuć tych kilkunastu młodzieńców, którzy uderzyli na Belweder. Być może mają słuszność. Niemiec ma na to trafne określenie: Gute Leute,aber schlechte Musikanten. My byśmy powiedzieli: zacni ludzie, ale marni politycy. „Po co się więc brali do polityki?” (cytat z Zamorskiego).

Niestety jednak, ideowość i bezinteresowność organizatorów powstania niebyła bynajmniej całkowita.
Rdzeniem powstania była młodzież ze Szkoły Podchorążych. A ona właśnie miała poważny, osobisty interes w tym, by powstanie doszło do skutku. Ilość etatów oficerskich w Królestwie, którego armia była wszak dalszym ciągiem wielkiej armii polskiej w okresie napoleońskim, była przepełniona. Toteż awanse młodzieży wojskowej, zapisującej się do szkoły już w okresie pokoju, posuwały się naprzód krokiem żółwim.

Przeszło 1/3 wychowanków (35%) służyła w wojsku dziewięć i więcej lat, niektórzy aż 13. (cytat z Tokarza, s. 17). Dodajmy od razu, że ci seniorowie Szkoły stanowili w niej najgorszy materiał. (Tokarz, s. 16). Szkoła była, musiała być czynnikiem rewolucyjnym w wojsku, a nawet w całokształcie życia Królestwa… Zamknięcie tej rzutkiej, gorącej młodzieży na tyle lat życia monotonnego i bezcelowego, odjęcie jej – wobec przepełnienia etatów oficerskich w wojsku Królestwa, na co nie było rady – nadziei awansu, raniło głęboko jej ambicje i temperamenty, czyniło podatną na wszelkie wezwanie powstańcze. Od powstania oczekiwała usunięcia z szeregów oficerów starszych i zużytych, zbyt silnie ulegających Konstantemu, poważnego powiększenia wojska, które da jej awans, a z nim możność okazania swych zdolności. (Tokarz, s. 18).

Nastroje podchorążych najlepiej charakteryzuje następująca, zacytowana przez Tokarza (s. 18-19) autentyczna rozmowa z początków października 1830 r.: „Cóż, wkrótce będziesz oficerem!” „Dlaczego?” „Była rewolucja we Francji i w Belgii, i u nas wkrótce nastąpi… Jest zamiarem uwięzić Wielkiego Księcia, wojsko rosyjskie rozbroić, generałów pozabijać, dowódców wojska polskiego, starych i żonatych oficerów usunąć”.

Wśród przyczyn powstania należy wymienić jeszcze jeden motyw – już zupełnie brzydki. Władze były na tropie spisku (Konstanty wiedział już o nim) – spiskowcy zdecydowali się na wybuch powstania między innymi dlatego, że obawiali się, iż w przeciwnym razie ulegną aresztowaniu. Aby ratować siebie samych, popchnęli w odmęt ryzykownych wydarzeń ojczyznę.

Zachowało się wspomnienie rozmowy odbytej 21 listopada przez Zaliwskiego, Wysockiego i Bronkowskiego z historykiem Lelewelem:

„Gdyby można wiedzieć, mówił Lelewel, że Austria lub Francja ujmie się za nami, natenczas moglibyśmy przedsięwziąć; inaczej wątpię, gdyż nam samym trudno się będzie oprzeć. Na tę odpowiedź oświadczyliśmy, że trudno będzie cofnąć się i jeżeli nie podniesiemy broni, to nas wszystkich powieszą, a tak powstaniemy i można będzie mieć nadzieję, że się uda i postanowiliśmy raz powziętego nie odstąpić zamiaru. Dn. 26 listopada odbyła się druga rozmowa, w której Lelewel3 odradzał powstanie. Na co odpowiedzieliśmy, że nie ma środka, aby się cofnąć”. (cytat Tokarza, s. 99-100).

* * *

Powstanie listopadowe, tak samo jak insurekcja kościuszkowska, miało oblicze dwojakie: było wojną i rewolucją. Pierwiastki rewolucyjne przejawiły się już w ciągu pierwszej nocy powstania. Przejawiły się one po pierwsze w zdobyciu arsenału przez motłoch i rozebraniu przezeń zapasów broni, z wielkim uszczerbkiem dla późniejszej wojny, i w innych wystąpieniach zrewolucjonizowanej cywilnej ludności, a po wtóre, i to przede wszystkim, w wymordowaniu grupy generałów.

O zastrzeleniu świetnego, nieposzlakowanego generała Potockiego pisaliśmy już wyżej. Prócz niego pchnięto bagnetem i dobito strzałem generała brygady Blumera, który wystąpił jako przeciwnik powstania (Tokarz pisze o nim: „…świetny, niezrównany prawie oficer piechoty z wojen lat 1809 i 1812, dawny żołnierz kościuszkowski, legionista, z tych co to byli na San-Domingo”), zastrzelono generała Tomasza Siemiątkowskiego, również czynnego uczestnika akcji przeciwpowstańczej (Tokarz pisze: „…bardzo zdolny oficer z czasów napoleońskich, pełniący obowiązki szefa Sztabu Głównego”). Zastrzelono przez pomyłkę sekretarza generalnego Komisji Rządowej Wojny generała Nowickiego, biorąc go z powodu podobieństwa nazwisk za rosyjskiego generała Lewickiego, zabito gen. Stanisława Trębickiego (Tokarz pisze o nim: „…świetny ten oficer, inspektor i właściwy wychowawca piechoty naszej, wysyłany stale na manewry zagraniczne, był najwybitniejszym bodaj przedstawicielem generalicji ówczesnej. Reprezentował w niej dużą naprawdę wiedzę i tężyznę zawodową oraz charakter niepowszedni; był przy tym stosunkowo młody, liczył zaledwie lat 38”).

Zamordowano wreszcie ministra wojny gen. Maurycego Hauke oraz szefa sztabu artylerii płk. Filipa Maciszewskiego. Tokarz pisze o tych zabójstwach: „Zabicie Haukego, Meciszewskiego i Trębickiego nie było usprawiedliwione niczym. Nie stali na czele oddziałów, nie reprezentowali w danej chwili żadnej siły oporu, tak jak ją reprezentowali Blumer, Siemiątkowski lub St. Potocki; można ich było bezpiecznie osadzić na odwachu w arsenale, jak to uczyniono z Redlem i gen. Bontemps. Zabiła ich też nie rzeczywista potrzeba, ale zawiedziona miłość tej młodzieży powstańczej, szukającej tak natarczywie wodza wśród starszyzny własnej. Zabito wreszcie – bez potrzeby – niektórych Rosjan. O mały włos również nie zabito pułkownika, późniejszego generała i słynnego bohaterskiego obrońcy Woli Sowińskiego oraz gen. Bontemps, nieocenionego później organizatora naszego przemysłu wojennego”. (słowa Tokarza, s. 189).

„Dlaczego po nocy belwederskiej – pisze Zamorski – zamordowano kilku wyższych oficerów, trudno psychologicznie wyjaśnić. Zapewne wstydzono się wypuszczenia cało Konstantego i wyładowano swój animusz na tych kilku ludziach, którzy nie okazali zachwytu z powodu awantury. Rewolucja nieuzasadniona wymaga najwyższego entuzjazmu”.

Jeszcze wyraźniej rewolucyjny charakter – do złudzenia przypominający najgorętsze chwile insurekcji kościuszkowskiej – miały wypadki dnia 15 sierpnia 1831 r. w Warszawie. W czasie rozruchów ulicznych tłum, wśród okrzyków „śmierć zdrajcom!”, powywieszał na latarniach lub w inny sposób wymordował generałów Jankowskiego, Bukowskiego, Sałackiego, Hurtiga, szambelana Fenshave, niejakiego Bentkowskiego i panią Baranow. Poza tym wymordowano znaczną liczbę powywlekanych z aresztów szpiegów, agentów dawnej policji tajnej itp.

Nazajutrz powieszono znowu parę osób podejrzanych o szpiegostwo, rozbito kilka szynków. Tenże sam tłum żądał od rządu sprawozdania ze swej polityki – i rząd przed deputacją tłumu z postępowania swego się tłumaczył. Dodajmy, że rozruchy te miały za początek wiec podburzający, któremu przewodniczył neofita Czyński. Mickiewicz napisał o nim: „Pół jest żydem, pól Polakiem, pół cywilnym, pół żołdakiem, pół jakobinem, pół żakiem, lecz za to całym łajdakiem”.

W wypadkach powstania listopadowego odegrali zdaje się dużą rolę – znacznie większą niż szeroki ogół przypuszcza – Żydzi i ludzie żydowskiego pochodzenia, frankistów nie wyłączając (patrz rozprawkę Stanisława Didiera, Powstanie Listopadowe a żydzi, „Myśl Narodowa”, 1934, Nr 40, oraz Rolicki, Zmierzch Izraela, s. 303-305 i 326-328).

* * *

Czy są dowody na to, że powstanie listopadowe jest dziełem masonerii? Jest rzeczą bezsporną, że sprzysiężenie Wysockiego wywodzi się z tzw. masonerii narodowej i będącego jej dalszym ciągiem Towarzystwa Patriotycznego. Wykazuje to między innymi i Tokarz w swej książce o tym sprzysiężeniu.
Na Szkolę Podchorążych zwróciło baczną uwagę podobno już Wolnomularstwo Narodowe. Zaliwski opowiada, że we wrześniu w roku 1820, gdy był wychowankiem Szkoły, przyjęto go do organizacji Łukasińskiego i polecono stworzyć ośrodek w Szkole, nie zdradzając jednak przed nikim, że należy do organizacji wyższej… Organizacja ta istniała i za czasów Towarzystwa Patriotycznego, stanowiąc jedną z jego filii. Wysocki prawie na pewno w czasie swego pobytu w Szkole należał do organizacji będącej filią Towarzystwa Patriotycznego i wówczas utrzymywał bliższe stosunki z paroma ludźmi tego obozu. Był świadkiem kaźni Łukasińskiego w dniu 2 października 1824 i obraz jej pozostał w sercu jego na cale życie, stał się dla niego punktem wyjścia. Zaliwski w czasie pobytu w Szkole Podchorążych został przyjęty do wolnomularstwa narodowego.

Zdaje się, że i stworzony przez niego (Wysockiego) Związek swoje powstanie zawdzięczał natchnieniu lewicy epigonów Towarzystwa… Wysocki nie był w ogóle człowiekiem jakiejkolwiek inicjatywy… Tak czy inaczej, czy epigonowie Towarzystwa dali inicjatywę do powstania Związku, czy też postanowili go opanować dopiero po jego zawiązaniu, jest faktem, że wzięli go pod kuratelę od razu.

Cóż to była „masoneria narodowa”? Był to tajny związek typu masońskiego, którego założycielem był major Walerian Łukasiński – wsławiony swym tragicznym losem późniejszy więzień, zmarły w twierdzy w Schilusselburgu nad jeziorem Ładoga w r. 1868, po 44 latach więzienia (aresztowany w r. 1824).

Źródłowych danych dotyczących „masonerii narodowej” i w ogóle wszelkich organizacji masońskich z owej epoki posiadamy wyjątkowo wiele. Danych tych dostarczył nam proces Łukasińskiego, dostarczyły akta ówczesnej policji itp. (St. Małachowski-Łempicki pisze w książce Raporty szpiega Mackrotta o wolnomularstwie polskim 1819-1822, Warszawa), że takiego źródła do dziejów wolnomularstwa, jakim są owe raporty nadzwyczaj zręcznego agenta policji, trudno szukać u wielu innych narodów.

Obszerną monografię, dotyczącą zarówno Łukasińskiego, jak i wolnomularstwa narodowego, otrzymaliśmy również i ze strony masońskiej. Jest nim dwutomowe dzieło prof. Szymona Askenazego Łukasiński. W świetle tych danych, masoneria narodowa rysuje się jako tajny związek, stawiający sobie na pozór za wyłączne zadanie walkę rewolucyjną o wyzwolenie Polski.

W istocie – związek ten był niewątpliwie związany ścisłymi nićmi i z innymi odgałęzieniami masonerii.
Polska nauka historii traktuje ten fakt w sposób dość niefrasobliwy – można by powiedzieć: naiwny. Np. prof. Władysław Smoleński pisze (Dzieje narodu polskiego, wyd. szóste, Kraków 1921, s. 461):

„Dla zabezpieczenia się od pościgów policji postanowili związek swój pokryć formami towarzystw jawnych i dozwolonych, wolnomularskich. Wielkim mistrzem wolnomularstwa narodowego obrany został Łukasiński, który począł zakładać loże w pułkach polskich i miastach wojewódzkich, a nawet poza granicami Królestwa. Dla wciągnięcia do prac związkowych szerszych kół społecznych zamierzał Łukasiński zreformować towarzystwa wolnomularskie dozwolone i w tym celu porozumiał się z wielkim mistrzem ich, Stanisławem Potockim. Reforma miała być dokonana na korzyść celów narodowych, które w wolnomularstwie dotychczasowym ustępowały miejsca zadaniom ogólno-humanitarnym. Zabiegi te nie uszły oka szpiegów, skutkiem czego w r. 1821 wyszedł ukaz carski zamykający wszystkie loże wolnomularskie i zabraniający towarzystw tajemnych”.

W świetle powyższych wywodów, wolnomularstwo narodowe rysuje się jak gdyby wyższy, ściślej zakonspirowany stopień wolnomularstwa zwykłego, bynajmniej nie mającego cechy narodowej.

Że „wolnomularstwo narodowe” i „Towarzystwo Patriotyczne” (które zgrupowało niedobitków lóż po ich rozwiązaniu) miały ścisły związek z tajnymi związkami niepolskimi, dowodzi fakt, że Towarzystwo Patriotyczne zostało przez policję wykryte dzięki nieudanej próbie rewolucji w Petersburgu w grudniu 1825 r.(spisek tzw. dekabrystów) i dzięki danym zdobytym przez policję rosyjską przy likwidowaniu (w Petersburgu!) tego czysto rosyjskiego spisku.

Pewną wskazówkę co do tego, czym była masoneria narodowa, daje nam również drobny na pozór, lecz znamienny fakt, charakteryzujący osobę Łukasińskiego: był on zdecydowanym filosemitą i napisał nawet rozprawę prożydowską, starającą się zbić tezy dwóch polskich broszur antysemickich, z których jedna zawierała m.in. wniosek, iż należy Żydów wysiedlić z Europy i osadzić na osobnym terytorium „na granicach Wielkiej Tatarii”, tj. w Środkowej Azji (Askenazy, Łukasiński, wyd. II, Warszawa 1929, tom I, s. 43-45).

Należy w jednym punkcie przyznać rację słynnemu Nowosilcowowi, który w r. 1821 napisał: La Frangmaconnene peut ëtre envisageé comme la Skurce principale et la mereé de toutes les seciétés secrétes (Askenazy, ibid., II,s. 365-366). Zwykła, kosmopolityczna, kierowana przez Żydów masoneria była z pewnością „matką i źródłem” również i „masonerii narodowej”, mającej rzekomo wyłącznie cele narodowo-polskie.

Istnieje bardzo wiele organizacji masońskich, pozornie zupełnie niezależnych wzajemnie od siebie. Niejeden dzisiejszy członek masonerii angielskiej, staropruskiej czy innej jest o tym święcie przekonany, że masoneria ta żadnym obcym wpływom nie podlega. Przekonanie to podzielają nieraz członkowie nawet najwyższych stopni organizacyjnych.

Ale bo też uzależnienie poszczególnych odgałęzień masonerii i innych tajnych związków typu masońskiego od międzynarodowych władz masońskich, najściślej związanych z żydostwem, najczęściej bynajmniej się nie odbywa w trybie oficjalnego podporządkowania hierarchicznego. Każda organizacja typu masońskiego – a i większa część tajnych związków, pod względem form do masonerii niepodobnych, związana jest z najwyższym ośrodkiem masońskim nićmi pośrednimi i bardzo starannie zakonspirowanymi. Dzieje się to tą drogą, że niektóre osoby odgrywające dużą rolę w danej organizacji – nie zawsze zresztą rolę formalnie kierowniczą, częstokroć tylko rolę doradcy i inspiratora formalnego kierownika albo jakąś inną rolę nieoficjalną, lecz wpływową – należą równocześnie, w najgłębszej tajemnicy, do wyższego ośrodka masońskiego i od niego otrzymują rozkazy, które potem ostrożnie i oględnie starają się danej organizacji rzucać, sącząc je powoli jako własne rady czy wnioski; organizacja dana często, a nawet najczęściej nie zna istotnych motywów narzucania jej takiej czynnej decyzji czy poglądu i pozyskana jest dla nich argumentami nic wspólnego z tymi istotnymi motywami nie mającymi. Rolę tych przewodników wpływu masońskiego do innych tajnych (a zresztą też i jawnych) organizacji odgrywają najczęściej, choć zresztą niewyłącznie, żydzi i krypto-żydzi, toteż organizacje, w których osoby żydowskiego pochodzenia lub z żydami związane zajmują stanowiska wpływowe, należy już z góry uznać za podejrzane o związek z masonerią.

Zapewne tą samą metodą – o ile nie było formalnych związków hierarchicznych, co też bynajmniej wyłączone nie jest, masoneria narodowa i Towarzystwo Patriotyczne związane były z masonerią międzynarodową.

Spisek Wysockiego związany był z Towarzystwem Patriotycznym. Sam Wysocki był człowiekiem o małej inicjatywie, którego trudno posądzać o zdobycie się na krok samorzutny. Towarzystwo Patriotyczne i jego macierz, masoneria narodowa, były organizacjami typu masońskiego aż do takich szczegółów jak nazwa. Miały one udowodnioną styczność z masonerią Potockiego i z rosyjskimi Dekabrystami. Ich założyciel (Łukasiński) był notorycznym filosemitą.

Powstanie listopadowe było szkodliwe z punktu widzenia interesów Polski, leżało jednak – z uwagi na rewolucję francuską – w pilnym interesie masonerii. Było ono przedsięwzięciem bez dalszego planu, mającym charakter ruchawki nie stawiającej sobie ścisłych celów, obliczonych na okres późniejszy niż najbliższe godziny i dni i robiącym wrażenie burdy politycznej, wykonanej na zamówienie i stanowiącej cel sam w sobie. Wreszcie masoneria zachodnioeuropejska przebąkuje dziś z lekka o tym, że powstanie listopadowe zrobione było na jej zamówienie – i w interesie rewolucji francuskiej. W świetle powyższych faktów przyjąć można nieomal za pewnik, że tak było istotnie.

Należy tu jeszcze wziąć w rachubę dodatkowy czynnik, jakim mógłby być ewentualny bezpośredni udział stale z masonerią współdziałającej ręki pruskiej. Posłuchajmy następującej rewelacji Didiera:

„Wypadki nocy listopadowej pobudziły do działania wrogie Polsce żywioły. Energiczną akcję rozwinął… konsul pruski Schmidt. Jego złowrogą zasługą było, że nie dopuścił do zlikwidowania rozwijających się wydarzeń i spowodował, że stały się one podstawą do późniejszej walki zbrojnej. Pośredniczył on bowiem w poufnej rozmowie pomiędzy Władysławem Zamoyskim a W. Księciem w ofiarowaniu, w imieniu masonerii, korony polskiej, <bratu w zakonie> Konstantemu. Układy te zostały udaremnione wprawdzie na posiedzeniu Rady Administracyjnej przez męskie wystąpienie Lubeckiego, który przeszkodził w swoim czasie rosyjskiemu ministrowi skarbu Kankrinowi (z pochodzenia niemieckiemu żydowi) w zrujnowaniu ekonomicznym Królestwa. Pertraktacje w Wierzbnie uniemożliwiły jednak w pierwszych dniach po nocy listopadowej jasność i decyzję zarządzeń władz, co sprawiło, że rozwój wypadków potoczył się znaną, a tak smutną losów koleją. Pewne koła dążyły też do wywołania jak najżywszych nieporozumień wewnątrz tajnych organizacji, ażeby pozbawić w nich decydującego głosu rdzenny żywioł polski”. (St. Didier, Powstanie Listopadowe a żydzi, „Myśl Narodowa”, 1934, Nr 40).

Należy wreszcie wziąć pod uwagę ciągłość wpływu masonerii na nasze organizacje spiskowe. Powstania odbywały się w Polsce w dużych odstępach czasu – ale spiski powstańcze trwały nieprzerwanie. Jeżeli w jednym okresie wiemy na pewno o związkach naszych tajnych organizacji z masonerią albo z takimi ruchami jak francuski jakobinizm itp., to możemy być pewni, że i winnych okresach związki te miały miejsce.

Spiski w latach 1815-1831 z pewnością miały ścisły związek ze spiskami epoki Sejmu Czteroletniego i powstania Kościuszki. Działali w nich ci sami ludzie i pojawiały się te same dążności.

Jednym z ludzi stanowiących taką „arkę przymierza między dawnymi i nowymi laty” był np. słynny Kołłątaj.

Kołłątaj w całym okresie swej działalności publicznej w latach 1788 do 1794,a w jeszcze większym stopniu na schyłku, był człowiekiem partii. W roku 1794 utrwalił on ostatecznie swój związek z partią tzw. jakobinów polskich i jak to wykażemy, podtrzymywał go aż do swej śmierci. Z łona tego stronnictwa wyszedł cały szereg ludzi, którzy odgrywali wybitną rolę w historii tajnych organizacji z lat 1813-1830, w powstaniu listopadowym, a następnie przenieśli tradycję Kołlątajowską aż do stronnictw radykalnych na emigracji po upadku powstania. (cytat z Wacława Tokarza: Ostatnie lata Hugona Kołłątaja, Kraków 1905, s. 8).

Tło powstania listopadowego jest uderzająco podobne do tła powstania Kościuszki. Wykonały jedno i drugie organizacje, którym da się wykazać pokrewieństwo i związek. Nic więc nie staje na przeszkodzie twierdzeniu, że oba te powstania wywołane zostały przez ten sam ośrodek centralny – i w tym samym celu.

* * *

O jakież straty powstanie listopadowe nas przyprawiło? Pisaliśmy już wyżej o doraźnej, a olbrzymiej stracie politycznej, jaką było zniszczenie Królestwa Kongresowego, będącego potężnym czynnikiem naszej politycznej siły. Obok jednak tej straty doraźnej, do której dodać jeszcze należy wielkie wyczerpanie narodu i zmarnowanie lub wypchnięcie na emigrację najlepszych w tym pokoleniu sił, ponieśliśmy również szereg olbrzymich strat o znaczeniu trwałym, strat nie dających się już odrobić.

Po pierwsze – zatraciliśmy ciągłość bytu państwowego. Do roku 1831 państwo nasze i wszystkie gałęzie jego bytu żyły życiem nieprzerwanym, bo trudno jest brać w rachubę ową przerwę między 1795 i 1807 rokiem, tak krotką, że po jej upływie ci sami ludzie, zaledwie o 12 lat postarzali, podjęli tę samą w odnowionym państwie pracę. Po roku 1831 państwo polskie zginęło na lat blisko 90 – a więc musiało się następnie budować jako twór nowy, z dotychczasowej nieprzerwanej żywej tradycji soków czerpiąc. Przez powstanie listopadowe, w naszym bycie państwowym nastąpiła blisko wiekowa przerwa, bo trudno jest mówić o tradycji polskiego bytu państwowego w tak nikłym szczątku politycznym, jakim było do roku 1846 wolne miasto Kraków albo tym bardziej w posiadającej w latach 1866-1918 pewien dość zresztą szczupły zakres samorządu Galicji, opierające wszak podstawy swego bytu nie na tradycji państwowej polskiej, ale na ugruntowanych w niej już od lat blisko stu instytucjach austriackich. Tak więc dzięki powstaniu listopadowemu z naszego tysiącletniego dorobku zachował się tylko naród, ale nie zachowało się państwo.

Wraz z przerwaniem się ciągłości bytu państwowego przerwała się również i ciągłość istnienia wielu należących do państwa instytucji. Przerwała się np. ciągłość trwania polskiego wojska.

Pół „rycerzy żywych” poszło za granicę wypełniać pustkę dnia ruchliwością, zamaszystością, rozgłosem, który w późniejszych pokoleniach bardzo się podobał i zasłaniał oczy na klęskę i jej skutki. W ten sposób naród pożegnał się ze swoim wojskiem. Bo wojsko polskie z powstania listopadowego było dalszym ciągiem drużyn piastowskich, rycerstwa jagiellońskiego, kwarcianego, wojska Sejmu Czteroletniego, armii insurekcyjnej Kościuszki i Legionów Dąbrowskiego; była to ta sama armia, która za Chrobrego i Krzywoustego biła cesarzów niemieckich pod Płowcami i Grunwaldem Krzyżaków, pod Kircholmem Szwedów, pod Kłuszynem Moskwę, pod Chocimiem i Wiedniem Turków, pod Beresteczkiem Kozaków – ta sama armia co pod Racławicami, Hohenlinden, Samosierrą itd. Z końcem powstania, skończyła się ta nieprzerwana, prawie tysiąc lat trwająca ciągłość armii narodowej, pułki rozwiązano, sztandary zabrano do Moskwy. (Zamorski, ibidem).

W ten sam sposób jak ciągłość bytu armii, przerwała się ciągłość wielu innych instytucji narodowych.
A teraz druga wielka, niepowetowana strata. Powstanie listopadowe podcięło stanowisko polskości w Ziemiach Zabranych – ono to sprawiło, że tak dużą część Wschodnich Kresów utraciliśmy.

Oddajmy znów głos Zamorskiemu.

„Odrębność ziem polsko-ruskich, mimo zniesienia unii, została uszanowana przez Rosję aż do czasu Powstania Listopadowego, a polegała na tym, że językiem piśmiennym i kulturalnym ludności tych ziem pozostał język polski, nawet według pojęcia rządu rosyjskiego. Nie tylko Kijów, który od czasów Sobieskiego nie należał do Polski, ale i Odessa, która nigdy do Polski nie należała, były z języka miastami pół polskimi; nie mówiąc już o Żytomierzu, Berdyczowie czy Kamieńcu, które były miastami polskimi. Syn mieszczanina, chłopa, popa po ukończeniu szkoły zostawał Polakiem z języka, a coraz częściej z serca i przekonania. Taki był wpływ znakomitych szkół Komisji Edukacyjnej i kuratorium wileńskiego. Ludzie warstw niższych marzyli o zostaniu pełnymi Polakami, że było tam mnóstwo szlachty czynszowej, którą dopiero uwłaszczenie 1864 uczyniło bezdomnym proletariatem, że mieszczaństwo i inteligencja, wyrastająca z podłoża miejscowego, była polska, zrozumiemy, iż Ruś południowa należała za zgodą rządu rosyjskiego do zasięgu polskiej cywilizacji i że po kilku pokoleniach działalności szkół polskich. Ruś prawobrzeżna spolszczyłaby się duchowo i kulturalnie, a więc także i etnograficznie.

Klęska powstania przerwała tę pracę. Szkoły polskie zamknięto, prawosławni Polacy zostali przeważnie Rosjanami i polszczyzna ograniczyła się tylko do szlachty. Uwłaszczenie zrujnowało później szlachtę czynszową, a bolszewizm ziemiaństwo polskie i dziś nie mamy już czego szukać za Smotryczem, a nawet za Zbruczem. Zmarnowanie kilkuwiekowej kolonizacji polskiej oraz pochodu cywilizacyjnego polskiego w tamte strony zaczyna się od klęski Powstania Listopadowego. Toteż zdarzenia historycznego, które zaprzepaściło dla Polski ziemię kamieniecką, bracławską, kijowską itd. nie można uznawać za zdarzenie radosne i dla Polski pożyteczne.

Jeszcze lepiej niż na Rusi południowej było na Rusi północnej, zwanej Litwą. Tam liczba Polaków – w czym nie tylko miasta i szlachta zaściankowa, ale i chłopi katolicko-polscy byli znacznym czynnikiem – była tak wielka, że nawet klęska Powstania Listopadowego i następujące po niej represje nie zdołały odebrać temu krajowi cechy wybitnie, wprost etnograficznie polskiej. Trzeba było jeszcze jednego powstania, mianowicie styczniowego, masowego wysiedlenia setek wsi i zaścianków, całej orgii tępicielskiej, aby z tych ziem polszczyznę wykorzenić – i to niezupełnie, bo powstała wyspa białostocko-wileńska o większości polskiej. Ale przed powstaniem listopadowym polszczyzna etnograficzna sięgała pod Witebsk i Smoleńsk do Lepla.

I gdy się te ogromne straty policzy, przychodzi do głowy pytanie, kto kazał Polakom wywoływać te samobójcze powstania? Przecież ci zapaleńcy, którzy czasem w ekstazie ginęli na polu bitwy w przekonaniu, że służą Polsce, sprowadzili na Polskę skurczenie jej o dwie trzecie obszaru”. (cytat z Zamorskiego, op. cit.).

Jak brutalne represje spadły na ziemie zabrane po powstaniu listopadowym, świadczy choćby fakt następujący:

„Rozkazem tajemnym z roku 1831 polecił Mikołaj wydalić z guberni litewsko-ruskich 45 tys. rodzin szlachty polskiej w stepy czarno-morskie, besarabskie, nadwołżańskie i nadkubańskie. Czynił to pod pozorem poprawienia bytu materialnego tej szlachty, w rzeczywistości zaś w celu osłabienia żywiołu polskiego na Litwie i Rusi”. (cytat z Władysława Smoleńskiego, Dzieje Narodu Polskiego, wyd. szóste, Kraków 1921, s. 509).

Powstaje teraz zagadnienie, co należało wówczas zrobić? Jaką politykę powinien poprowadzić Obóz Narodowy, gdyby wówczas istniał?

Trzeba przyznać, że sytuacja była bardzo trudna. Rewolucja lipcowa w Paryżu przez swoje odgłosy na wschodzie zagroziła poważnie istnieniu Królestwa… Mikołaj postanowił poprowadzić krucjatę przeciw rewolucyjnej Francji i Belgii. Chciał wciągnąć w nią Prusy tak, jak ongi, w r. 1805 Aleksander zamierzał zmusić je siłą do wojny z Napoleonem; wywierał nacisk na Austrię. Już 18 sierpnia z jego rozkazu minister sekretarz stanu zapytywał Lubeckiego o to, jakie fundusze może oddać na mobilizację wojska polskiego. W tym samym dniu cesarz donosił Konstantemu o tym, jakie korpusy przeznacza na tę wojnę; żądał od niego projektu mobilizacji wojska polskiego, korpusu litewskiego, korpusu rezerwowego gwardii; omawiał sprawę okupacji Królestwa po wymarszu wojska naszego przez rezerwy rosyjskie. Mobilizacji wojska polskiego domagał się w każdym liście niemal, coraz bardziej stanowczo, bez względu na opór Prus w tej sprawie. (Tokarz, Sprzysiężenie Wysockiego i noc listopadowa, s. 37).

Królestwo miało wyasygnować na utrzymanie wojsk rosyjskich przeszło 30 milionów złotych jako spłatę długu. (Tokarz, ibid., s. 38).

Sytuacja była wyraźna. Urzeczywistnienie tego planu prowadziło do organicznego wcielenia wojska naszego w skład armii rosyjskiej, do okupacji Królestwa przez wojska rosyjskie, przekreślenia wyników polityki skarbowej Lubeckiego, reorganizacji władz centralnych w duchu większego ich uzależnienia od Rosji. Co pozostałoby Królestwu po takiej operacji, po takiej wojnie – łatwo przewidzieć. (Tokarz, s. 38).

Co w tej sytuacji należało robić?

Dróg ratunku było kilka. Przede wszystkim – można było i trzeba było przedsięwziąć akcję polityczną, stawiającą sobie za ceł utrudnienie Mikołajowi doprowadzenie wyprawy francuskiej do skutku. Mikołaj także miał swoje trudności i swoje kłopoty – i wcale nie było pewne, że zdoła zamiar swój urzeczywistnić. Wobec położenia międzynarodowego, stwarzającego dla polskiej akcji zbrojnej niezbyt dogodną koniunkturę, pozostawienie wszystkiego po staremu, a więc „rozejście się po kościach” wyprawy Mikołaja byłoby dla nas ewentualnością najlepszą.

Nasza akcja dyplomatyczna, mogąca sobie stawiać, a raczej stawiająca sobie istotnie ten cel (gdyż polskie żywioły umiarkowane akcję taką rzeczywiście prowadziły), korzystała tu z pomocy jednego bardzo wiele znaczącego sojusznika. Był nim Konstanty.

Konstantemu tak samo jak i Polakom zależało na niełączeniu Królestwa z Rosją. Jego osobista pozycja zależała od stopnia niezależności Królestwa od Petersburga. W Warszawie do roku 1830 był on niemal niezależnym monarchą. Ograniczenie samodzielności Królestwa było równoznaczne z jego degradacją.

„Przypuszczał nawet, że młodszemu bratu chodzi bardzo o ten mniejszy wynik obok tamtego większego, tj. o zlikwidowanie podczas krucjaty przeciw rewolucji roli brata starszego”. (Tokarz, ibid., s. 39).

Toteż pracował on bardzo usilnie nad tym, by do wyprawy Mikołaja na Francję nie dopuścić. W walce z planami krucjaty Mikołaja zdobył się Konstanty nie tylko na dużą zaciętość, ale i na pewną inteligencję wywodów. (Tokarz, s. 39).

Stopniowo wymusił i to, że mobilizację wojska polskiego oraz korpusu rezerwowego gwardii odroczono do końca grudnia. Liczył, że tymczasem opór Prus i Austrii przeciw krucjacie oraz zmiana położenia międzynarodowego udaremnią plan Mikołaja, ocalą dotychczasowy stan rzeczy w Królestwie, a z nim i jego stanowisko udzielne. (Tokarz, s. 40).
Ale ostatecznie wysiłki te, zarówno Konstantego jak i dyplomacji polskiej, mogły się nie udać. Wówczas należało zdobyć się na krok w ówczesnej sytuacji dość ryzykowny, mający jednak spore szanse powodzenia, a w takim razie rokujący bardzo pomyślne nadzieje. Należało wywołać – rzekomo zupełnie samorzutne i przez Warszawę nie sprowokowane – powstanie w Wielkopolsce, a następnie, drogą zręcznej a zdeterminowanej gry mającej to powstanie za punkt wyjścia, wplątać Królestwo, a tym samym Mikołaja, w wojnę z Prusami. Wojna taka z pewnością udaremniłaby wyprawę przeciw Francji, a w razie powodzenia mogła nam dać Poznań, Gdańsk i ewentualnie Królewiec.

Niestety, w ówczesnym społeczeństwie, silnie przeżartym przez wpływy masońskie, nie tylko myśl wystąpienia wyłącznie przeciw Prusom, ale nawet powstania trójzaborowego nie cieszyła się zbytnią popularnością.

Wiadomo jest np., że na jednym z posiedzeń dawnych członków Towarzystwa Patriotycznego w końcu września 1830 r. wystąpił jakiś nieznany nam z nazwiska członek z mocno hazardownym, ale ciekawym, szeroko i inteligentnie pomyślanym projektem powstania trójzaborowego, które chciał proklamować w dniu 20 października. Była tu mowa o szybkim opanowaniu Warszawy, uwięzieniu Konstantego, rozbrojeniu korpusu rezerwowego gwardii, natychmiastowym ogłoszeniu dyktatury; było rozwinięcie ciekawych dyrektyw co do formacji wojska, operacji przeciwko korpusowi litewskiemu, rozrzuconemu od Dubna do Grodna. Było wreszcie trochę fantazji [dlaczego fantazji? – przypisek mój] na temat szybkiego wkroczenia do Wielkopolski i Galicji, nie pozbawionych jednak i pewnego realizmu, rzeczywistego odczucia naszych możliwości ówczesnych oraz położenia międzynarodowego. Wywody mówcy zrobiły duże wrażenie na zgromadzonych, gdyż bronił swego planu bardzo inteligentnie i silnie. Większość odrzuciła wszakże ten rozległy projekt powstania trójzaborowego, ograniczyła go do działań przeciw Rosji. (cytat z Tokarza, ibid., s. 44).

Gdyby wreszcie również i wybrnięcie z sytuacji drogą sprowokowania wojny z Prusami o nasze ziemie zachodnie okazało się niemożliwym, należało się zdecydować na mniejsze zło – i zamiast wszczynać bezmyślne i skazane na nieuchronną klęskę powstanie przeciwrosyjskie, podporządkować się lojalnie woli Mikołaja i pogodziwszy się z myślą nieuniknionej wyprawy na Francję, wywalczyć szczegół po szczególe złagodzenie ujemnych dla Polski skutków mikołajowskich zamierzeń.

Ostatecznie wyprawa na Francję nie mogła nam grozić całkowitą zagładą samodzielności Królestwa, lecz tylko dokonaniem niejako mimochodem, ukradkiem, pod rozmaitymi pretekstami samodzielności tej ograniczenia. Po ukończeniu wyprawy zapewne wojska polskiego byłoby mniej niż poprzednio i jego organizacyjna niezależność od armii rosyjskiej uległaby zwężeniu, garnizony rosyjskie w Królestwie zostałyby zwiększone, niezależność cywilnych władz warszawskich od Petersburga uległaby zredukowaniu, konstytucja Królestwa zostałaby zmieniona drogą interpretacyjną lub nawet drogą poprawek pisanych. Ale mimo wszystko to, co by po tych zmianach pozostało, byłoby jeszcze i tak wartością dostatecznie dużą, by warto jej było bronić i by można ją było narażać na zagładę drogą ryzykanckich awantur. W dodatku wyprawa na Francję nie wyłączała dalszych możliwości, takich jak np. sprowokowanie awantury z Prusami przez wojska wracające z wojny. Wcale nie było rzeczą niemożliwą, że krucjata przeciw Rewolucji Francuskiej skończy się wprawdzie zmniejszeniem samodzielności Królestwa, ale za to znacznym powiększeniem od strony zachodniej jego terytorium. A to byłoby już wszak niewątpliwie raczej zyskiem niż stratą!

Czy były w ówczesnym pokoleniu czynniki, które by politykę stawiającą sobie do wyboru te trzy kierunki usiłowały prowadzić? Możliwość takiego właśnie pojmowania zadań ówczesnej polityki polskiej zdaje się prześwitywać z poczynań bodaj jednego tylko ministra Lubeckiego.

Znakomity ten mąż stanu, który w latach poprzednich wykazał tyle charakteru w obronie niezależności Królestwa, który w swym czasie tak skutecznie, a z takim nakładem wytrwałości energii i konsekwencji odparł pierwszy atak wymierzony przez Rosję w Królestwo i posługujący się metodą pchania Królestwa do bankructwa finansowego – który dalej okazał tyle zdolności politycznych i administracyjnych i tak niezwykłą szerokość myślowych widnokręgów – niewątpliwie nie przypatrywał się grożącym Królestwu niebezpieczeństwom bezczynnie.

Jak daleko w swoich planach szedł? Czy z trzech wskazanych wyżej dróg polityki polskiej wybierał tylko pierwszą i trzecią? Poniżej przytoczony cytat zdaje się wskazywać, że gra jego była bardziej skomplikowana i że bodaj i druga z tych dróg nie była z jego rachub wykreślona.

Zaliwski opowiada w swej dość fantastycznej broszurze, że dwukrotnie, we wrześniu i listopadzie r. 1830, sam Lubecki mówił mu o jego daleko sięgających planach, zwróconych przeciwko Austrii i Prusom, o zamiarze odebrania im ziem polskich. Podług niego, część ziem polskich, tj. Wielkopolskę i Galicję Zachodnią, zamierzał Mikołaj wcielić do Królestwa, natomiast miano od niego oderwać Augustowskie i część Lubelskiego, a przede wszystkim okroić poważnie jego odrębność. Udzielając mu tych wiadomości, Lubecki miał go prowokować wyraźnie do przyspieszenia powstania. W tej postaci relacja jest wierutnym kłamstwem, podobnym do tylu innych w broszurze Zaliwskiego i jego zeznaniach lwowskich, obliczonych na Austrię. Niepodobna natomiast z góry wykluczyć innego przypuszczenia. Nasz wyjątkowo sprytny minister skarbu, który umiał zyskać tak pełne zaufanie Mikołaja, a równocześnie przez swą działalność w Radzie Administracyjnej po wyroku sądu sejmowego, przez powiedzenia w rodzaju tego, że „Polsce potrzeba dwóch rzeczy, tj. szkół i własnych fabryk broni” – zdobywać popularność w kołach związkowych, mógł przez ludzi oddanych sobie rozpuszczać te wieści po Warszawie. Przecież i on czuł, że polityka Mikołaja przekreśla całe wyniki jego gospodarki, niweczy jego program. Skrupułów w tym względzie Lubecki nie miałby na pewno. (cytat z Tokarza, ibid., s. 38-39).

Czy sceptycyzm Tokarza jest uzasadniony? Czy też może istotnie Lubecki miał jakieś plany szersze i śmielsze – plany, których osią była sprawa Wielkopolski i Galicji, a które wymagały cichego współdziałania rządu Królestwa z kołami spiskowców powstańczych i przygotowania fabryk broni? Być może późniejsze badania historyczne jeszcze to wyjaśnią.

Inne jednak czynniki umiarkowane w Królestwie – zarówno czynniki rządowe jak rozważne koła społeczeństwa – trzymały się raczej tylko pierwszej z wskazanych wyżej trzech dróg.

Popularne opinie dzisiejsze czynią z ich polityki zarzut. Ale raczej należy czynić im zarzut z tego, że politykę tę prowadzili nie dość stanowczo. Wprawdzie grupa generałów krwią swoją przypieczętowała wierność swemu politycznemu stanowisku, składając w noc listopadową głowy. Ale na ogół przeważał wśród kół umiarkowanych – tchórzliwy oportunizm.

Uderza w tym powstaniu jedna choroba polska, mianowicie odwagi cywilnej. Po napadzie na Belweder prawie wszyscy ludzie odpowiedzialni, ministrowie, posłowie, generałowie, byli przekonani, że wojna nie ma widoków powodzenia. Musieli więc zdawać sobie sprawę, że klęska nie ograniczy się do samej tylko porażki militarnej, ale że pociągnie za sobą Bóg wie jakie represje. Toteż ludzie mający odwagę własnych przekonań, odwagę cywilną, powinni byli uznać napad na Belweder za burdę i odżegnawszy się od niej, ratować wojsko, konstytucję i kraj. Jeden generał Kurnatowski znalazł w sobie tę odwagę: złożył dymisję i wyjechał do siebie na wieś. Nie dal się wciągnąć w awanturę, której nie pochwalał… Nastąpił więc bieg po linii najmniejszego oporu – każdy minister, poseł, senator, generał mówił mniej więcej to samo: „Wprawdzie nie pochwalam tego, co się stało, widzę, że z tego nic dobrego nie wyniknie, ale naprawdę trudno już było wytrzymać, nie można potępiać, że cierpliwość się wyczerpała, no więc stało się i trudno, odstać się nie może”. Tą drogą chodzi zwykle tchórzostwo cywilne.

Napad na Belweder, przepędzenie w. ks. Konstantego zaskoczyło wszystkich: ministrów, parlament, generalicję. Niewiele stosunkowo osób było zaangażowanych w zamachu stanu, toteż kierownicy państwa mogli odseparować się od wybuchu, jeżeli go uznali za zbyteczny lub niewczesny, a oddanie kilkunastu ludzi pod sąd, aby uratować naród od nieszczęścia, nie było taką ofiarą, której by nie można przeboleć. (cytat z Zamorskiego).

Na usprawiedliwienie ówczesnego obozu umiarkowanego powiedzieć należy tyle, że zapewne organizowana była wówczas przez masonerię wielka zbiorowa sugestia, wielki nacisk psychiczny w duchu powstańczym – a takiemu zbiorowemu naciskowi niełatwo się jest przeciwstawić. Prawdopodobnie masoneria organizowała również umiejętną dywersję w łonie obozu umiarkowanego przy pomocy masonów lub ludzi wpływom masońskim ulegających, tkwiących w tym obozie.

* * *

Przy sposobności pragniemy się tu rozprawić z jednym, często wobec Obozu Narodowego stosowanym zarzutem. Obóz Narodowy ma negatywny pogląd na powstania polskie. A więc – jest to obóz ugody, obóz, który chciałby niepodległość wytargować i wybłagać u obcych potęg – obóz, który nie rozumie, że niepodległość trzeba przede wszystkim budować własnymi rękoma i że najsilniejszą gwarancją niepodległości jest własny wysiłek zbrojny.

Nic bardziej fałszywego nad powyższe zarzuty. Obóz Narodowy przeciwny jest powstaniom polskim z lat 1794, 1830-31 i 1863-64, ale nie jest przeciwny powstaniom w ogóle. Nie jest przeciwny powstaniu wielkopolskiemu w grudniu1918 r. ani obronie Lwowa w listopadzie tegoż roku, będącej też przecież powstaniem, ani powstaniom górnośląskim w latach 1919, 1920 i 1921. Nie jest również przeciwny powstaniu w zaborze pruskim w roku 1807, bo powstanie to, które wyprzedziło okupację ziem polskich przez wojska napoleońskie, istotnie miało miejsce – i było powstaniem rozumnym i potrzebnym, wie o tym powstaniu nauka niemiecka, ale milczą o nim podręczniki historyczne polskie.
Obóz Narodowy jest zwolennikiem powstań, które mają jakiś sens i stanowią ogniwo w jakimś szerszym, rozumnym i dojrzałym politycznie planie. Jest przeciwnikiem powstań podejmowanych bezmyślnie albo też – z inspiracji „obcych agentur” – na rzecz interesów obcych.

Pogląd Obozu Narodowego na sprawę powstań jest podobny do poglądu teologii katolickiej na sprawę zwalczania rządu tyrańskiego.

Nie można właściwie nazwać spiskiem zwalczania rządu tyrańskiego, bo tyrański rząd nie jest sprawiedliwym i nie ma na celu dobra ogółu, a tylko dobro własne rządzącego; taki rządca sam jest jakby źródłem spisku, gdy zasiewa niezgodę między poddanymi, a mógł tym pewniej utrzymać się przy władzy: jest to cechą istotną tyranii, że podtrzymuje dobro tyrana ze szkodą ogółu. Jednakże rokosz przeciw tyranowi musiałby być potępiony i byłby grzeszny, gdyby był nieroztropnie i nierozważnie podjęty i prowadzony, że wtrąciłby ogół społeczeństwa w jeszcze gorszą biedę i nieład szkodliwszy dla dobra ogółu od rządów tyrańskich.

Uważamy powstanie rozumne i dające dobre wyniki za narodową zasługę. Uważamy powstanie „nieroztropne i nierozważne”, ściągające na naród nowe klęski – za narodową zbrodnię.

Oczywiście nie znaczy to, byśmy za współwinowajców tej zbrodni uważali wszystkich tych, którzy w powstaniu brali udział. Zadaniem żołnierzy jest słuchać i bić się. Za błędną treść rozkazów odpowiedzialni są nie ci, którzy rozkazy wykonują, ale ci, co je wydali. Materiał żołnierski, który szedł do powstań, był na ogól znakomity. Któż odmówi pierwszorzędnej wartości i zalet żołnierzom powstania kościuszkowskiego, w legionach Dąbrowskiego i w armii Księstwa Warszawskiego! Ale ich wartość żołnierska nie usuwa faktu, że powstanie, w którym się wychowywali, było politycznie szkodliwe. Tak samo i dzisiaj żaden rozumny Polak nie będzie miał pretensji do zdolnego i gorliwego oficera obecnej armii o to, że brał udział w Legionach Piłsudskiego. Ale jego dzisiejsza wartość dla Polski nie może nas powstrzymać od popełnienia wobec niego „nietaktu”, jakim jest stwierdzenie, że Legiony Piłsudskiego odegrały rolę politycznie i historycznie szkodliwą.

Powstanie Listopadowe a Żydzi

Stanisław Didier
Źródło: Stanisław Didier, Powstanie Listopadowe a żydzi, „Myśl Narodowa”, 1934, Nr 40
Opracowanie: Redakcja Polskiej Mysli Narodowej

WYBUCH REWOLUCJI LIPCOWEJ w Paryżu i naśladujące ją powstanie w Belgji odezwały się żywem echem w Królestwie Kongresowem. Wśród radykalnych żywiołów kraju rozbudziły się nadzieje. Wbrew dążeniom ludzi umiarkowanych, pragnących od roczenia burzy rewolucyjnej, którą uważali za zgubną dla kraju, skrajni parli do czynu. Rozpoczęli oni energiczną kampanję między młodzieżą, wciągniętą do spisku, za natychmiastowem rozpoczęciem akcji zbrojnej. Na czoło agitatorów wysunęli się: Józef Zaliwski podpor. I-go pułku piechoty, „człowiek ordynaryjny, tępego i małego pojęcia, pokątny intrygant i kłamca” (Mochnacki: „Powstanie narodu polskiego” t. 11.82, 111) i Józefat Bolesław Ostrowski, tak zwany Ibuś, żyd z pochodzenia, Znana gadatliwość polska doprowadziła do odkrycia związku młodzieży akademickiej. Doniesiono o tem w ks. Konstantemu. Została ustanowiona komisja śledcza dla badania konspiratorów. W kołach spiskowych wywołało to zaniepokojenie. Obawiano się, i całkiem słusznie, że komisja śledcza wyciśnie z uwięzionych akademików pewne zeznania i odkryje konspirację i jej zamiary. Postanowiono przeto przyśpieszyć wybuch powstania.
Wypadki nocy listopadowej pobudziły do działania wrogie Polsce żywioły. Energiczną akcję rozwinął znany już nam konsul pruski Szmidt. Jego złowrogą zasługą było, że niedopuścił do zlikwidowania rozwijających się wydarzeń i sprowokował, że stały się one podstawą do późniejszej walki zbrojnej. Pośredniczył on bowiem w poufnej rozmowie między Władysławem Zamoyskim a W. Księciem w ofiarowaniu, w imieniu masonerji, korony polskiej „bratu w zakonie” Konstantemu. Układy te zostały udaremnione wprawdzie na posiedzeniu Rady Administracyjnej przez męskie wystąpienie Lubockiego, który przeszkodził w swoim czasie rosyjskiemu ministrowi skarbu Kankrinowi (z pochodzenia niemieckiemu żydowi) w zrujnowaniu ekonomicznem Królestwa. Pertraktacje w Wierzbnie uniemożliwiły jednak w pierwszych dniach po nocy listopadowej jasność i decyzję zarządzeń władz, co sprawiło, że rozwój wypadków potoczył się znaną, a tak smutną losów koleją. Pewne koła dążyły też do wywołania jak najżywszych nieporozumień wewnątrz tajnych organizacyj, ażeby pozbawić w nich decydującego głosu rdzenny żywioł polski. Użyto do tego Lelewela, który o swej roli w dziejach spisku Wysockiego zostawił cenne wyznanie. Znajduje się ono w dziele Śliwińskiego p. t. „Joachim Lelewel” str. 201, gdzie czytamy: „Wszakże pochlebiam sobie, żem mógł nieco wpłynąć na przyjęcie zasad przez spiskową młodzież, z których główniejsze przytoczyć wypada. Przysięgali sobie poświęcić się bezinteresownie, powołując tylko naród i wszelkie jego klasy do powstania”. Dzięki Lelewelowi w łonie tajnych organizacyj, ofiarujących Konstantemu koronę, zorganizowano spisek, który miast władzy miał przynieść śmierć księciu.
Już w pierwszych dniach po wybuchu powstania członkowie Klubu Patrjotycznego rozpoczęli zgubną dla kraju działalność. Celem klubistów, w których szeregach znajdowało się wielu neofitów*, jak np. Jan Czyński, Tadeusz Krępowicki (późniejszy zwierzchnik węglarstwa polskiego), Jan Majewski, Krzyżanowski, kapitan Majzner i wielu innych, była rewolucja społeczna (uwaga red.: sugerujemy zapamiętanie tych nazwisk, jeszcze niejednokrotnie przewiną się w tekście). Nienawidzili oni szlachty, wpatrzeni w rewolucję francuską, której krwawe praktyki chcieli zastosować w Polsce. Gmina rewolucyjna, a nawet rewolucyjna komuna, jako władza najwyższa, była celem, ku któremu zmierzali klubiści.
Na początku grudnia zaczęły krążyć po mieście najdziwaczniejsze wieści, że w Petersburgu wybuchła rewolucja, że Mikołaj zginął, że Francja wypowiedziała wojnę Prusom, że powstało W. ks. Poznańskie, Litwa, Wołyń, Podole i Ukraina, że korpus litewski przypiął białe kokardy i idzie do wojew. krakowskiego, ażeby je osłaniać przed zamierzonem jakoby wkroczeniem Austrjaków. Szemrano na członków Rządu, zarzucając im brak aktywności. Skrajne żywioły dążyły do zerwania wszelkich rokowań Rządu z carewiczem Konstantym. Po wiecu, który odbył się 3 grudnia w Sali Redutowej, wysłano deputację do Rady Administracyjnej z żądaniem rozpoczęcia bezwłocznej walki z wrogiem.
Głównym celem ukrytych ataków była osoba Chłopickiego, którego rozpoczął zwalczać Klub Patrj. Mechesi nie mogli widocznie przebaczyć dyktatorowi jego dążeń do uniknięcia zbrojnej rozprawy z Rosją. Nie wierzył on w powodzenie powstania, a krwi polskiej rozlewać daremnie nie chciał. W rozmowie z Czartoryskim oświadczył Chłopicki: „Nie mam innych widoków, nadziei i zamiarów, jak tylko Kongresowe Królestwo w całości utrzymać, ale utrzymać z całą niepodległością, jaką mu traktaty i konstytucje zawarowały. Będę żądał, aby odtąd konstytucja nie była martwą literą, ale w całej świętości zachowana została; będę się domagać, aby wojska rosyjskie w Królestwie nie konsystowały, bo to da większe znamię i gwarancję naszej niepodległości. Tego wszystkiego zażądam i otrzymać muszę”. (B. Limanowski: „Historja Demokracji Polskiej w epoce porozbiorowej” t. I. 213).
Klub Patrjotyczny, w którego skład wchodzili wojskowi, co nigdy pułków nie widzieli i prochu nie wąchali, literaci bez wydawców, adwokaci bez klijentów, eks-księża i eks-szpiedzy przedpowstaniowego rządu, rozpoczął zaciętą walkę przeciw dyktaturze Chłopickiego. Największą czynność rozwinęli najradykalniejsi z klubistów: Czyński, Krępowicki, Wojciech Kazimierski, J. B. Ostrowski, przy cichem poparciu wpływowych członków innych stronnictw, jak to posła Jasińskiego oraz Krysińskich i Wołowskich, potomków najgorliwszych szermierzy i krzewicieli frankizmu… W „Nowej Polsce” (organie secesji radykalnej części Kaliszan, którego redaktorami byli Kazimierski i J. B. Ostrowski), Dominik Krysiński, prof. uniw. i poseł na sejm pisał o dyktaturze Chłopickiego, że „Europa zrozumie ją, jako przygotowanie do pogromu żydów”. Żądał on w drukowanej przez siebie broszurze, ażeby ministrowie byli mianowani przez sejm, a nie przez rząd. Prof. Krysińskiego, za krytykowanie działalności którego został napadnięty na dziedzińcu zamku królewskiego rektor Linde, wspomagali w walce: deputowany Wołowski, człowiek próżny i żądny popularności, oraz Aleksander Krysiński, sekretarz Chłopickiego, zgięty pokornie, zręczny, nieodłączny totumfacki dobrodusznego dyktatora. Wystąpienia Krysińskich i Wołowskich były zgubnym przykładem dla innych. Niektórzy z publicystów „Kurjera Polskiego”, organu Kaliszan (którego redaktorem był Wincenty Majewski, a najwybitniejszym ze współpracowników Adrjan Krzyżanowski), pracującego nad utrąceniem dyktatury, oświadczali wprost, że są gotowi Chłopickiego zastrzelić.
Wprost przeciwne stanowisko zajęła polska młodzież akademicka, grupująca się około prof. Szyrmy. Oświadczyła ona, że gotowa jest użyć gwałtu przeciwko sejmowi, gdyby z jego przyczyny dyktator miał utracić swoją władzę. Studentów popierało społeczeństwo polskie stolicy, które nazywało Chłopickiego zbawcą ojczyzny i porównywało go z Kościuszką. Pełną entuzjazmu dla dyktatora była również armja, która chciała go widzieć na czele rządu zamiast Czartoryskiego. W przekonaniu wojskowych Chłopicki był najdzielniejszym generałem.
Tak wielka popularność Chłopickiego zaskoczyła kryptożydów. Postanowili oni zaszachować dyktatora. Po odpowiedniem przygotowaniu gremjum posłów, Franciszek Wołowski, na jednem z posiedzeń sejmu przemówienie swoje zakończył okrzykiem: „Dziś jeszcze w obliczu Europy wyrzeczmy, że Mikołaj I przestał nad nami panować”. Następnie sejm przystąpił na wniosek tegoż frankistowskiego mówcy (członka komisji prawodawczej), popartego energicznie przez Krysińskiego, Czyńskiego, Krępowickiego i innych, do uchylenia wszystkich artykułów konstytucji Królestwa, które, po ogłoszeniu detronizacji cara i usunięciu całego jego rodu od tronu, były w sprzeczności z nowym stanem rzeczy. Doprowadziło to do szeregu zatargów między sejmem, a Chłopickim, który uważał, że taka uchwała sejmu utrudnia mu prowadzenie układów z Rosją, gdzie wpływy neofitów żydowskich były też dość silne na dworze carskim. Nie przypadkowo bowiem Mikołaj I, mianując w marcu 1831 r. nowych członków Rady Administr., postawił na jej czele neofitę Engla, a wydział skarbu powierzył zięciowi jego, neoficie Fuhrmanowi.
W styczniu 1831 r. zniechęcony Chłopicki zrzekł się dyktatury. Napróżno pewne koła poselskie, poparte przez armję, czyniły starania o odwołanie tego. Wojsko, którego przedstawiciel, podpułkownik artylerji Dobrzański, wystąpił z formalnem oskarżeniem, że klubiści namawiali saperów i 4-ty pułk linjowy do obalenia dyktatury zbrojną ręką, przyjęło wiadomość o ustąpieniu Chłopickiego z przygnębieniem. Od kilki pułków wysłano deputację, żądając wyjaśnienia, czy Chłopicki został oddalony, czy też sam złożył dyktaturę. Wątpliwości przyjaciół popularnego wodza usunął neofita dr. Wolff, który, jako dawny lekarz i przyjaciel Chłopickiego, prosił ich, ażeby byłemu dyktatorowi nie poruczyli żadnej ważnej czynności, gdyż dostaje on pomieszania zmysłów (uwaga red.: patrz też Rolicki, Zmierzch Izraela, s. 303-305 i 326-328).
Upadek dyktatury Chłopickiego klubiści uważali jako skompromitowanie się próby szukania ratunku przez jedynowładztwo żołnierza. Zdaniem ich, nic innego nie pozostawało, jak rewolucja społeczna. Miał jej dokonać lud stolicy. Po Warszawie zaczęły krążyć listy osób, których skrajni dla wielu względów znienawidzili. Miały to być pierwsze ofiary „gniewu ludowego”. Wkrótce jednak frankistowscy członkowie Klubu Patrj. doszli do żałosnego dla siebie wniosku, iż te rogate czapki Warszawy miały tylko jedną myśl polityczną, jedno uczucie narodowe: „nienawidzieć Moskali” i znali tylko jedno hasło: „wyrżnąć Moskali” (uwaga red.: wydaje się, że to „uczucie narodowe”, pięknie pielęgnowane m. in w roku 1863, odświeżone w bliźniaczych względem 1863 prowokacjach z 1968 [hucpa lansujących się na „polskich patriotów” Michnika, Modzelewskiego, Szlajfera i Kuronia „Dziady” Dejmka] ma i dziś swoich „koryfeuszy”, niestety również w kręgach uważających się za narodowe i „patriotyczne”).
Rzemieślnikom polskim nie brakło bohaterstwa i poświęcenia się. Szli oni w ślady Kilińskich i Morawskich. Z samej czeladzi krawieckiej utworzono artylerję wałową. Podczas szturmu stolicy licho uzbrojony lud śpieszył zewsząd ku obronie. Wszystko inne było dla niego obce. Lud staromiejski, drobni rzemieślnicy, wyrobnicy, czeladnicy, terminatorzy i rybacy Powiśla, gorliwie ciągnąc na wiece i chciwie słuchając mów ognistych, nie chcieli jednak popierać agitatorów, gdy ci sięgali po władzę.
Niepowodzenie nie powstrzymało skrajnych elementów od dalszej działalności. Uważali oni bowiem, że samo powstanie bez rewolucji socjalnej nie uda się. Agitacja klubistów zaczęła przedostawać się do armji. Szczególnie silną stała się po bitwie pod Ostrołęką. Członkowie Klubu starali się wszelkiemi siłami wzbudzić w armji niezadowolenie i podejrzliwość ku zwierzchnikom, zarzucając im zdradę. Na rękę demagogom szło zachowanie się poszczególnych wyższych oficerów pochodzenia frankistowskiego. Zbyt dobrze wiadome było nie podporządkowanie się Szymanowskiego rozkazom dowództwa w bitwie pod Szawlami, która zakończyła się klęską Polaków. Sarkano głośno na Lewińskiego za dezorganizację sztabu i czerpanie bez wiedzy wyższych władz z kasy komisji kwaterunkowej. Mówiono w stolicy o nadużyciach w pracujących dla armji zakładach, nad któremi miał nadzór generał Pawłowski. Puszczono w armji pogłoskę o istnieniu tajnej organizacji „rycerzy sztyletu”, która postawiła sobie za zadanie wymordowanie wyższych oficerów. W prasie warszawskiej, kierowanej przeważnie przez neofitów, a specjalnie w organie Klubu, „Nowej Gazecie”, subsydjowanej przez zdrajcę Dombrowskiego Ksawerego, rozpoczęło się jawne szczucie przeciwko osobie Skrzyneckiego. Najenergiczniej występował przeciwko naczelnemu wodzowi późniejszy redaktor „Echa miast polskich”, Jan Czyński, co do którego istnieją poważne poszlaki, że był on szpiegiem rosyjskim. Antysemita Skrzynecki, który nie chciał generałowi Lewińskiemu powierzyć dowództwa na Litwie, okrzyczany został przez neofitów za zdrajcę, którego trzeba powiesić. Na początku sierpnia 1831 r. Czyński posunął bezczelność tak daleko, iż żądał wprost od rządu, ażeby przedsięwzięto energiczne środki przeciwko Skrzyneckiemu, który, zdaniem Szmitta „(Historja polskiego powstania” t. III, 344) „nie był człowiekiem bezinteresownym”, miano obalić Skrzyneckiego i Czartoryskiego z pomocą generała Krukowieckiego, zakamianiałego wroga naczelnego wodza. Mochnacki uważał, że Krukowieckiego, gdy spełni przeznaczoną mu rolę, łatwo będzie usunąć. W domu redaktorowej Chłę-dowskiej, Czyński, Krępowicki i inni zawiązali tajne sprzysiężenie, mające na celu drogą gwałtownych, rewolucyjnych wystąpień i krwawego zamachu na rząd (przedewszystkiem zaś na Czartoryskiego) obalić go i utworzyć rząd rewolucyjny. Klubiści, zapomniawszy o wojnie i o wrogu, który znajdował się w pobliżu stolicy, zarzucili miasto proklamacjami, wzywającemi ludność do rewolucji. W smutny dzień 15 sierpnia 1831 r. tłum zapełnił Sale Redutowe. Zebraniu przewodniczył Czyński, który mówił, że rząd i wodzowie, zamiast przygotowywać wszystko do walki, myślą jedynie o układach (uwaga red.: co, zważywszy sytuację polityczną i militarną nie byłoby rozsądne). Stąd podniecone masy, z okrzykiem „zdrada”, pociągnęły pod Zamek i dokonały krwawego samosądu. Motłoch, powiesiwszy wszystkich więźniów, nie rozchodził się, głośno krzycząc: „Śmierć arystokratom”(uwaga red.: patrz też „Wiarus” (link do fragmentu tekstu)). Chciano zniszczyć drukarnię dziennika „Zjednoczenie”. Energiczna interwencja Krukowieckiego zapobiegła częściowo rozszerzeniu się ekscesów. Część tłumu jednak pociągnęła za wolską rogatkę, gdzie dokonała dalszych egzekucyj. Najgłówniejszych jednak zdrajców nie dosięgnęła ręka sprawiedliwości. Dzięki Aleksandrowi Krysińskiemu poginęły akta tajnej policji w Belwederze, zawierające dokładne spisy szpiegów, wśród których nie brak było zapewne przedstawicieli najwybitniejszych rodzin frankistowskich i żydowskich. W Warszawie głośno mówiono o tem, konsekwencyj jednak nie wyciągnięto. Frankistowscy przewódcy klubistów chcieli te smutne wypadki sierpniowe przeistoczyć w prawdziwą rewolucję. Na szereg dni przed zaburzeniami mówili oni o mającej wkrótce wybuchnąć rewolucji socjalnej. Zrewolucjonizowana ludność miała zmusić sejm do zamianowania Rady Najwyższej, któraby się składała z 9 lub 15 członków, łączących w sobie władzę prawodawczą i wykonawczą. Rada ta, zdaniem Czyńskiego, który zamyślał o stworzeniu rządu z bliskich mu pochodzeniem i zapatrywaniami osób — miała stać się dla Polski tem, czem była w 1793 r. konwencja dla Francji. Sejm po zamianowaniu Rady Najw. powinien był się rozwiązać. Ponad Radą miała stanąć dobrana grupa ludzi. Jak wyobrażali sobie frankiści rewolucję społeczną, o tem pisał później Czyński w swojej francuskiej broszurze p. t. „La Nuit du 15 aout 1931 a Varsovie”, w której, co najciekawsze, nic nie wspomina o rozwiązaniu kwestji włościańskiej. A była to przecież sprawa, którą klubiści wszędzie podnosili jako najważniejszą do załatwienia. Pilniejszą bowiem sprawą dla Czyńskiego i towarzyszy było rozprawienie się na wzór francuski z t. zw. arystokratami. Miało to przyśpieszyć upadek społecznego porządku feudalnej Europy. Zdaniem wielu z nich, rewolucja socjalna w Królestwie objęłaby też Rosję, przygotowując grunt dla nowych Steńków Razinów i Pugaczewów.
Nawet po upadku stolicy nie zaprzestali klubiści swojej agitacji. Dzięki nim nie ustawały niesnaski wśród stronnictw, które wpływały demoralizująco na armję. Niedarmo pisze Szmit, („Historja…” t. III, 605), że „członkowie klubu i dziennikarze przygotowali nowy spisek”.
Co się tyczy prawowiernych żydów, to zachowywali się oni podczas powstania listopadowego w stosunku do Polaków naogół nieprzyjaźnie. Lękali się oni bowiem, aby, po zaprowadzeniu w Królestwie nowego porządku, nie utracić tysięcznych korzyści, których, przy ogólnej, do najwyższego stopnia doprowadzonej demoralizacji urzędników, za moskiewskiego rządu używali. Faktorstwem, pochlebstwem, płaszczeniem się i złotem umieli żydzi pozyskać sobie najeźdźców. To też po wzięciu Warszawy, jak pisze Otton Spazier („Historja powstania narodu polskiego w 1830 i 1831 r. t. I. 305) car Mikołaj hojnie łaską swoją wszystkich żydów obsypywał, szczególnie żydów w Królestwie, którzy mu się niemało na szkodę powstańców przysłużyli. Nie zachwycił się żydami polskimi, których współbracia paryscy wiedzieli wcześniej od rdzennych Polaków o wybuchu powstania (Sapieha: „Wspomnienia” str. 110) i ich zachowaniem się podczas wypadków 1831 r. słynny rewolucjonista rosyjski Bakunin. Jego zdaniem: „…żydzi polscy… w czasie ostatniego powstania chcieli służyć jednocześnie obydwom stronom walczącym, Polakom i Rosjanom, wobec czego jedni i drudzy ich wieszali” (J. Kucharzewski: „Od Białego Caratu do Czerwonego” t. II. 157). Uwiecznił też zachowanie się żydów, podczas wypadków 1831 r., mistrz Juljusz Kossak w akwereli p.t. „Zaaresztowanie szpiega”.

uwaga red.: za puentę tego tekstu niech posłuży cytat z Rolicki, Zmierzch Izraela, s. 303-305 i 326-328:
„W r. 1833 Czyński wydał w Paryżu broszurę “Question des Juifs Polonais”, w której pisał: “Dowiedziemy, że jeżeli oni (tj. żydzi) pozostali tylko biernymi świadkami walki, to zawinili w tym ludzie, którzy zagarnęli władzę podczas rewolucji”.
A więc żydzi byli porwani entuzjazmem, gdy chodziło o wywołanie “rewolucji”, frankiści przewodzili związkom skrajnym, a później…żydzi zachowali się biernie, a Polacy podejrzewali ich o szpiegostwo. Takie ustosunkowanie się ma swoją nazwę w organizacjach spiskowych; zwie się to prowokacją.”

____________
* S. Didier mianem neofitów określa przechrztów, Żydów, którzy zmienili wyznanie z judaizmu na chrześcijaństwo.

Reklamy

2 responses to “Powstanie Listopadowe – kult błędów politycznych, fałszywych bohaterów i jego skutki

  1. Jerzy Kwiecień 10, 2014 o 6:24 pm

    Polska będzie wolna gdy postawimy choć jeden pomnik poświęcony
    Józefowi Aleksandrowi Miniszewskiemu
    Gdy choć jedna ulice nazwiemy jego imieniem!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: